sobota, 18 października 2008

MEMO4: Inauguracja 22 X 1978

Miałem 12 lat. Z tego dnia mam dość dziwne wspomnienie bytności w dwóch światach. Najpierw: dom. Tutaj była transmisja telewizyjna Mszy inaugurującej pontyfikat Jana Pawła II. W okienku PRLowskiej oficjalności stanął Papież ze swoim "Nie lękajcie się", płynęła Msza, sunęli kardynałowie składający publiczne homagium. 

Msza w TV - nie bardzo wiadomo, co robić! Wrażenia przy klękaniu przed telewizorem - równocześnie dziwne i podniosłe. Nie było wideo - włączyłem magnetofon (na którym na co dzień odtwarzało się Abbę, pieśni patriotyczne, Jarocką lub Kabaret Dudek itp.), żeby nagrać to wszystko święte (potem przez wiele dni po szkole spisywalem z taśmy nazwiska kardynałów, w kolejności ich podchodzenia do Papieża - chciałem się ich nauczyć). 

Jeszcze się nie skończyły uroczystości, i wkroczył inny świat: szkoła. Co prawda była niedziela, ale zorganizowano nam tego dnia wycieczkę do muzeum (jakiego, nie pamiętam). Dziś gdy składam te fakty, wydaje mi się, że rozumiem jak to było: zapewne szkołom nakazano jakoś zająć dzieci tego szczególnego dnia - żeby nie dotknęła ich papieska "klerykalizacja" - ale tę wycieczkę w mojej szkole urządzono tak, aby nie kolidowała z tym najważniejszym: transmitowaną Mszą. 

Mimo to powstało z tego dla mnie straszne zmartwienie: po powrocie do domu powiedziano mi, że na samym końcu Papież udzielił wszystkim obecnym odpustu zupełnego. Przy mojej dość nikłej edukacji religijnej pojąłem z tego tyle, że przez wycieczkę szkolną ominęło mnie coś w rodzaju solidnego odpuszczenia wszystkich grzechów, likwidującego wszystkie rozterki co do tego, czy wszystkie spowiedzi były dostatecznie szczere i pełne. 

Chodziłem przez szereg dni z myślą, że okazja takiego uwolnienia przeszła obok mnie tak blisko - aż w głowie zaświtała myśl możliwa tylko w naszym wieku mediów elektronicznych: a może gdyby powtórzyć sobie całą uroczystość z magnetofonu, to otrzyma się to cudowne coś, odpust? Słowo daję, że chwyciłem się tego pomysłu z wielką nadzieją. Po najbliższej lekcji religii w salce przy kościele zdobyłem się na odwagę, by zapytać o to księdza. Pozbawił mnie wszelkich złudzeń. Za to na poprawną wiedzę o odpustach musiałem jeszcze trochę poczekać. No i okazało się, że Papież jeszcze wiele, wiele razy udzielał błogosławieństw i odpustów, spoza naszego magnetofonu.  

piątek, 17 października 2008

Uważajcie na swoje modlitwy

Kiedyś usłyszałem lub przeczytałem zdanie, które pozostało ze mną do dziś: Pan Bóg wysłuchuje tylko najlepszych naszych modlitw. Słucha także różnych miałkich żądań albo namiętnych marzeń, części z nich pozwala się zdarzyć - ale zatrzymuje uwagę (tak powiedzmy, w nieco antropomorfizującym stylu psalmicznym) jedynie wtedy, gdy zdarzy się nam dotknąć rzeczywistego dobra - gdy usłyszy w modlitwie człowieka swoją własną melodię. Wtedy mówi swoim aniołom: "go!"... tzn. chciałem powiedzieć: ite!

Czy z tego należy się cieszyć - że tak jest? Oczywiście tak - chociaż czasem nie prowadzi to do wesołych wniosków, a może być trudne. Cholernie.

Uważajmy na swoje modlitwy - bo czasem to one stworzą ramy naszego życia, gdy ze stosu bzdur Ręka Pańska wyplącze rzadkie chwile wielkości, wypasione na łąkach Logosu.

W mojej ulubionej książce Chestertona - Napoleon z Notting Hill - jest w zakończeniu myśl, że gdy dziecko obejmie zwykłe drzewo i powie z powagą (dziecięcą, a więc plączącą prostotę z kokieterią), że dla niego "jest ono wszystkim", wtedy istotnie korzenie tego drzewa dotkną piekieł, a jego korona sięgnie nieba. Drzewo jak drabina Jakuba - bo Pan Bóg bardzo często wysłuchuje dziecięcych oświadczeń.

My często bywamy takimi dziećmi, wyznaczamy jednym gestem pole, w którym rozegra się nasze życie. Tylko że potem już dziećmi być nie chcemy, już "nie tacy naiwni" biegamy od drzewa do drzewa, za plecami zostaje to jedyne Drzewo w środku ogrodu, miejsce spotkania... Biega się wokół, mnożą się gesty, słowa, prawdziwa inflacja!

Wtedy w Niebie nadal stawiają tylko na nasze najlepsze modlitwy: słowa, w których jest szarpnięcie się ku złożonym obietnicom. Słowa, które powtarzaliśmy jak zaklęcie, mają wejść w nasze życie jak ostry hak ratunkowy. Na tyle głęboko, by szarpnięcie stalowej nici wyrwało nas z gęstego mułu, w który pogrążąmy się tutaj z każdym energicznym ruchem, koniecznością życia.

Uważaj, bo wyciągniesz, w górę, ręce swoich modlitw - a inny cię opasze i poprowadzą cię dokąd chcesz, nie chcesz... 

Anioł sprawdzi mocnym szarpnięciem, czyś gotów i czy hak mocno trzyma. W górę serca.


"Odkrycie" drugiego zamachu na JP2

Media "odkryły" drugi zamach na papieża Jana Pawła II - w Fatimie w 1982. Ja nie muszę odkrywać, bo po prostu pamiętam jak to pokazywali w TVP w 1982: jakiś szalony ksiądz rzuca się na Papieża z nożem. 

W mediach "odkrywają" więcej: że szaleniec był "lefebvrystą", "schizmatykiem". Równie dobrze można by powiedzieć, że BYŁ katolikiem - bo ks. Krohn najpierw był katolikiem, jako taki przystąpił do lefebvrystów (którzy wówczas nie dawali żadnych powodów, żeby ich nazywać schizmatykami), aby w końcu porzucić i lefebvrystów, i Kościół po prostu, bo został sedewakantystą - i w tym to stanie zaatakował Papieża. 

A co robił przed zamachem? Oooo, to ciekawa historia. Media jej jeszcze nie "odkryły": ks. Krohn, wyobraźcie sobie, jeździł po Polsce w 1981, bywał blisko "Solidarności", oprowadzali go redaktorzy "Tygodnika Powszechnego" - i zdaje się, że był jakoś prowadzony przez tzw. Firmę, taką stabilną instytucję peerelowskiego systemu bezpieczeństwa. Jednym słowem: wystarczy na wiele odcinków "odkrywania". Może np. taką "mądrość" proponuję jako nius: "Jan Paweł II zaatakowany przez zamachowca z kręgów Tygodnika Powszechnego". Jak to Tygodnik się zamachnął z abp. Lefebvrem do spółki...

No to czekam na następne odcinki...

 

czwartek, 16 października 2008

MEMO3: W środku lasu (1982)

To było na obozie harcerskim warszawskiej Czarnej Jedynki w Starym Osiecznie, w sierpniu 1982, w pierwsze lato po wprowadzeniu stanu wojennego. W Jedynce, mimo różnych intensywnych sporów ideowych, nigdy nie było wątpliwości, że w niedzielę idzie się na Mszę. Tym razem miała być Msza polowa, niedaleko podobozów. 

Na sporej polanie ustawiono zaimprowizowany "ołtarz" - którym był faktycznie zrobiony przez harcerzy stół z drzewa, używany w namiocie samej komendy szczepu. To dobrze opisuje tamtą atmosferę i naszą liturgiczną (nie)wrażliwość wdrukowaną przez duszpastertwa młodzieżowe - a równocześnie nieudawany entuzjazm. Ale idźmy dalej: Mszę przyjechał odprawić dla nas ksiądz wyznaczony przez miejscową kurię. Okularnik, młody jakby niedawno po święceniach, robiący wrażenie skupionego księdza (wyczuwalna różnica na tle wielu "równiachów", których wówczas było coraz więcej). 

Mam w pamięci wyjaśnienie, że ksiądz na tę Mszę polową uzyskał zgodę z kurii - krzepiący znak, że jesteśmy tu pod opieką Kościoła. Msza była śpiewana - po harcersku, tzn. przy gitarach (znów zgrzyt...), z melodiami Katarzyny Gaertner (miały to do siebie, że było w nich odległe wspomnienie gregoriany). Ale z tej Mszy zapamiętałem zwłaszcza jedno - i do dziś mi się ona z tym kojarzy: dostrzegłem, że na zaimprowizowanym ołtarzu ksiądz ustawił krucyfiks. Był naprawdę niewielki - a jednak natychmiast przykuł uwagę, bo to było coś... no niezwykłego, tak to trzeba powiedzieć. 

W kościołach, do których chodziłem w Warszawie w ciągu roku, krucyfiksy nigdy nie stały na stołach-ołtarzach - albo jako krzyże procesyjne stały gdzieś obok, albo wisiały jakoś w głębi, albo po prostu sprawiały wrażenie jeszcze jednego elementu dekoracyjnego prezbiterium. I dlatego, tak szczerze, mimo wszystkich katechizmowych nauk jednak nie kojarzyłem Mszy tak wprost z Ofiarą Krzyża. Kojarzyłem ją przede wszystkim z Wieczernikiem, a Krzyż był jakoś trochę na zewnątrz tego pakietu podstawowych mszalnych skojarzeń, ukształtowanych przez katechezę i obraz prezbiterium, zachowania celebransa. Trochę tak, jakbyśmy we Mszy wracali do Wieczernika, aby spożyć Komunię św. A Krzyż? To była jakaś rzeczywistość, o której w mglisty sposób myślało się, że była niezbędna, abyśmy mogli spożywać Komunię w naszych wieczernikach. I tyle.

A tu nagle - na ołtarzu krzyż. Przyznam się bez bicia, że sądziłem, iż to jest jakaś prowizorka w związku z polowym charakterem tej Mszy, może po prostu gest pobożności księdza - ale pamiętam też wyraźnie, że pomyślałem, iż tak mogłoby być zawsze - nie wiedziałem, że tak wygląda zaniedbywana normalność liturgiczna, prawo Kościoła opiekujące się duszami słabych, mniej zorientowanych, szukających pouczenia w swej wierze. Z tej Mszy pozostała wracająca potem przez lata tęsknota za tą "drobnostką": krzyżem na ołtarzu.  Za znakiem Ofiary w samym środku tej cudownej Akcji, której powagę podważają wspólnie sceptyk, trefniś i mądrala.

środa, 15 października 2008

W Kropce nad i

Wczoraj stałem się bohaterem "Kropki nad i": Monika Olejnik przepytując abp. Henryka Muszyńskiego skonfrontowała go z moją opinią - zacytowaną w "Rzepie" - że w kontekście faktu rejestracji jako TW "Henryk" Arcybiskupa, który ma otrzymać godność Prymasa, staje przed nami trudne pytanie o siłę charakteru kogoś, kto ma być najbardziej honorowym hierarchą w Polsce. Arcybiskup uznał moje prawo do takich wątpliwości - ale równocześnie odparł, że dziwi się, iż o sprawie wypowiadają się osoby nie mające o niej dostatecznej wiedzy.

Nie jestem twórcą wątpliwości wokół osoby Arcybiskupa Gnieźnieńskiego - one powstają zupełnie naturalnie, a pytania mnożą się jak króliki: dlaczego to wyznanie dopiero teraz? dlaczego mamy wierzyć bardziej publicznemu oświadczeniu esbeka - a nie wewnętrznym papierom esbeckim? czy esbecy w latach 70. rozdawali swe wizytówki przy okazji rozmów w biurze paszportowym? czy podawali na tych wizytówkach swe adresy domowe? czy takie wizytówki przechowywało się pieczołowicie przez trzydzieści lat, wędrując z jednego mieszkania do drugiego? Itp., itd.

W ubiegłym roku przetoczyła się przez Polskę dyskusja w związku z aktami abp. Wielgusa. Dla mnie groźniejsza od wiedzy o jego "teczce" była jego postawa, sposób tłumaczenia się i reagowania, gdy sprawa wyszła na jaw. Wyglądało po prostu na to, że stawszy się Arcybiskupem Warszawskim w takim stylu, abp. Wielgus będzie już zawsze zakładnikiem tajemnic swojej komitywy z SB oraz niewolnikiem swego (uzasadnionego) zażenowania, niezdolnym do prowadzenia pewną ręką Archidiecezji, ze zdolnością do wchodzenia w odważną konfrontację z możnymi tego świata (np. z "Gazetą Wyborczą, do której uciekł po pomoc przeciw publicystom katolickim). Moim zdaniem, choć przeżył na pewno w tamtych dniach coś z czyśćca - było to i tak lepsze niż ewentualne gnicie na świeczniku wysokiej funkcji.

W jakim stopniu to wszystko dotyczy teraz abp. Muszyńskiego? Nie ustawiam tego pytania w płaszczyźnie "winy" - lecz w płaszczyźnie "przeszkody". Kto pamięta to pojęcie? Mówiło się np. o przeszkodach do święceń: kandydat wcale nie musiał zrobić niczego obiektywnie złego - ale nie dopuszczano go do stanu kapłańskiego po prostu dlatego, że ciągnął za sobą coś niestosownego, niekompatybilnego z godnością kapłańską. Wykazy takich "przeszkód" zmieniały się w zależności od wrażliwości moralnej epoki, jakichś dręczących dany czas trudności. Ja bym właśnie w płaszczyźnie "przeszkód" do obejmowania wysokich godności kościelnych widział niejasne kontakty z SB.

Czy to oznacza odepchnięcie od tych godności całych roczników? Ależ nie, bo wbrew refrenowi z "Gazety Wyborczej" podchwytywanemu dziś przez usłużnych felietonistów kościelnych, nie było tak, że "każdy musiał". Jeśli sprawa konszachtów z bezpieką lub ocierania się z bezpieką dotyczy w naszym Episkopacie podobno kilkunastu osób, to już samo to pokazuje, że nie wszyscy musieli, nie wszyscy chcieli, nie wszyscy mają taką przeszkodę w życiorysie. W związku z tym proste pytanie: czy tych kilkunastu "trafionych" hierarchów nie mogłoby się zwyczajnie powstrzymać przed drogą w kardynały, prymasy i arcybiskupy? Drogi do świętości by to im nie zagrodziło - a kariera kościelna to przecież coś znacznie mniejszego, prawda?

Nigdy nie uważałem, że jeden abp Wielgus ma być winnym za wszystkich - podczas gdy TW Filozof, TW Rzymianin i inni chodzą, perorują, kongresują o wartościach, jakby nigdy nic. Paradoksalnie, uważam, że abp Wielgus jest dziś - moralnie - w sytuacji dla niego jednak zdrowszej niż tamci, "którym się udało" - a jednak nie zmienia to faktu, że tylko on przeszedł przez tę publiczną kompromitację. Inni są nadal zapraszani, jako autorytety, do mediów, które tak bardzo walczyły z "agenturą wśród biskupów" (zasłużony koncern ITI!). Trudno nie dostrzec tu podwójnych standardów: abp Wielgus był dobrym celem, bo - mylnie - uznano go za biskupa konserwatywnego; gdy się jest hierarchą "otwartym", najwyraźniej można liczyć na taryfę ulgową.

Oczywiście nie jestem za tabloidowym kompromitowaniem ludzi, za bezlitosnym ogłaszaniem kogoś "kapusiem", za niechrześcijańskim zaszczuwaniem ludzi szukających spokoju i ciszy na rozliczenie się z własnymi słabościami. Burza wokół abp. Wielgusa wynikła z tego, że - być może popychany przez jakąś rękę, zachęcany przez kogoś zainteresowanego - parł on mimo wszystko na szczyty kościoła warszawskiego, a nas obdzielał kolejnymi wersjami swego życiorysu. Akcja wywoływała reakcję.

Nie wiem, czy abp Muszyński w swoim zachowaniu sprzed lat widzi jakąś przeszkodę do godności Prymasa Polski, ku której zmierza - właśnie przeszkodę, a nie winę. Gdy jednak zapytano mnie w imieniu "Rzepy" o opinię, pomyślałem sobie o takim "suwaku godności", który przez ostatnie dwa wieki przesunął się od Prymasa Poniatowskiego z XVIII wieku do Prymasa Wyszyńskiego z wieku XX - i poczułem, że byłoby bolesne, gdyby zaczął on przesuwać się na tej drodze wstecz, choćby trochę. Tak jak to przyznał abp Muszyński, mogę mieć taką opinię. Choć przecież nie jest to w ogóle w moich rękach, dzięki Bogu.

wtorek, 14 października 2008

Niespełnione dzieło katolickiego ekumenizmu

Pisałem już kiedyś - w prasie katolickiej - że ekumenizm przypomina ruch esperancki: pewna grupa ludzi wkłada dużo wysiłku w to, żeby mówić w sposób, w jaki nikt poza nimi nie mówi i czego nikt poza nimi nie rozumie - a pewna inna grupa ludzi wkłada dużo starania w to, by zaistniała teologia, która nie opisuje konturowo wiary żadnego kościoła, żadnej grupy chrześcijan, poza ekumenistami. Taka prawda: gdy w końcu te szanowne komisje, pełne m.in. szlachetnych idealistów, dochodzą do jakichś konkretniejszych "konkordii", są one tak niesamowicie wieloznaczne jak słynna formuła nauki o usprawiedliwieniu, po stronie katolickiej podpisana na wszelki wypadek nie przez kogoś dźwigającego odpowiedzialność za doktrynę wiary, lecz przez koordynatora rozmów ekumenicznych - i opatrzona uroczystymi zastrzeżeniami, które pozostawiają czytelnika w rozterce czy cała ta ugoda nie była tylko efektem życzliwej nieuwagi po obu stronach. 

No tak - ale mimo tych wszystkich marnych efektów trwa wielkie halo wobec nawet skromniutkich przybliżeń ekumenicznych. Od lat jesteśmy informowani o każdym najdrobniejszym kręgu na wodzie, jeśli tylko można go przypisać ekumenicznemu chlup: wiadomo, że ludzie się zjeżdżają, spotykają, odprawiają modły, słuchają homilii wygłaszanych przez "biskupów" nie chcących być biskupami i "księży", którzy nigdy nie chcieli mieć święceń kapłańskich - ale otrzymują nie wiedzieć czemu upoważnienie do głoszenia wewnątrz akcji liturgicznej (dokładnie w tym samym czasie, gdy mędrcy-liturgiści perorują, że "po Soborze" obowiązuje zasada, że homilię głosić powinien jedynie celebrans danej liturgii... tzn., ekhem, "przewodniczący liturgii")... No a na końcu, jak na kongresie esperanckim, apel: starajmy się mówić tym językiem także w swoich środowiskach, aby było większe zrozumienie wzajemne, abyśmy byli jedno. Bo fakt faktem: gdyby wszyscy nauczyli się esperanto, łatwiej byłoby się dogadać - a gdyby wszyscy przerzucili się na ekumenizm, liczba różnych katechizmów spadłaby skokowo. Wielka racjonalizacja.

Naprawdę szkoda, że pewne realne dobro - uważam, że zniesienie pewnej nuty wrogości jest realnym dobrem - jest zakrywane tumanem wizji w stylu o. Hryniewicza.

A co by było, gdybyśmy zamiast szarżować z takim ekumenizmem a la esperanto, spróbowali zamiast wielkich wizji w stylu "chrześcijaństwo zjednoczone w roku 2000 (realizacja chwilowo odłożona)" zrealizować plan tak skromny, lecz realny: katolicyzm zjednoczony z Kościołem wszystkich czasów? Biskupi rezygnujący z wydawania dekretów przeciw "schizmatyckiemu Bractwu Św. Piusa X" - i w ogóle powstrzymujący się od wpychania lefebvrystów w narożnik dla schizmatyków? Wielkoduszność w przyjmowaniu nawet przesadnych oskarżeń pod adresem Vaticanum II? Przyznanie, że być może gdy abp Lefebvre odchodził ze swoją grupą w cień systematycznego nieposłuszeństwa, szedł tam z jakimiś prawdami i dobrami, które po prostu nie były chciane i kochane w codziennej rzeczywistości Kościoła tamtych dni?

To byłby prawdziwie katolicki sprawdzian ekumenizmu - ale martwię się, że mało komu na tym zależy. Kiedyś, lata temu, miałem nadzieję, że - poza kard. Ratzingerem - zainteresowani takim darem dla Kościoła są choćby sami lefebvryści, sekowani i tłuczeni jak popadło - ale nie, im też już bardzo dobrze i wygodnie się zrobiło w roli odrzuconych, a oczekiwania urosły w międzyczasie do poziomu co najmniej "uroczystego potępienia błędów Vaticanum II". Daleko odeszli od swojego założyciela, który na innym poziomie ustawiał płaszczyznę rozmowy z papieżami. Teraz na wzór Jonasza przysiedli sobie - i czekają aż Niniwę szlag trafi, za karę, za błędy, za obrzydlistwa (no a wtedy oni odrodzą prawdziwy Kościół itd.). Nie ma chętnych do zrobienia małego dobra. Jest ono za małe jak dla tych wielkich ludzi.

poniedziałek, 13 października 2008

MEMO2: Jasna Góra, sierpień 1991

Ciąg dalszy memuarów mszalnych. A ponieważ wczoraj były obchody papieskie i wieczorem koncert na kanwie wspomnienia Światowych Dni Młodzieży - więc osobiste wspomnienie z Mszy papieskiej Światowego Dnia Młodzieży na Jasnej Górze w 1991.

Jak zwykle przez te wszystkie lata "janowopawłowe" nie miałem żadnej specjalnej karty wstępu (zwykle byłem w harcerskiej "białej służbie"), więc po prostu wszedłem z przyjaciółmi pod Wały, tak jak można było najdalej wejść. Trafiliśmy do sektora hiszpańskiego. Zaczyna się Msza - no i wrażenia dość szczególne: stoimy w jakieś pięć osób, a dookoła cały sektor hiszpańskiej młodzieży... leży w śpiworach lub siedzi po turecku, sobie rozmawiając i przekąszając. Trochę słabo słychać Papieża, ale można mniej więcej nadążać za biegiem Mszy. Dość poirytowany zachwaniem moich zagranicznych sąsiadów, zerkam na nich uważniej - i nagle zauważam, że wielu z nich ma na uszach walkmany: słuchają hiszpańskiej transmisji radiowej z tej Mszy. Dzisiaj kojarzy mi się to trochę z obrazem wielu z nas, śledzących Mszę tradycyjną z mszalika: Msza jest przed oczami - ale oczy są wlepione w książkę - a tam Msza była jako tako słyszalna, ale Hiszpanie musieli jej słuchać przez radio.

Nagle coś się dzieje: wszyscy dookoła podrywają się w jakimś dzikim porywie, coś wrzeszczą - nawet ci, zakutani w śpiwory horyzontalnie, teraz w tychże śpiworach skaczą jak uczestnicy wyścigu w workach. Oto Papież powiedział coś do nich po hiszpańsku - więc krzykom "Viva Espana!" nie ma końca. Za chwilę kończy się ta forma "uczestnictwa czynnego" w liturgii - i wracają do leżenia i siedzenia. Nawet Przeistoczenie nic w tym nie zmieni. Potem Komunia - tu chętni wszyscy...

A wcześniej było jeszcze coś takiego: przed Komunią przesunęliśmy się do polskiego tłumu, nieco dalej od Klasztoru. Przez potężne głośniki entuzjastyczny głos poleca: "A teraz chwyćmy się za ręce i podnieśmy je razem do góry!"... No i ta nasza garsteczka kilku osób nie posłuchała się tego polecenia: stoimy wśród naszych rówieśników, ręce złożyliśmy do modlitwy - więc dookoła zaczyna się poszturchiwanie: "Co, z kołchozu przyjechaliście, czy co?" - takie miłe docinki. A potem wtopa: Papież zaczyna Ojcze nasz... po łacinie. Śpiewaliśmy z nim w pięć osób. Dookoła milczenie ludzi trzymających się za ręce - nikt ich nawet nie próbował uczyć ojczystego języka Kościoła rzymskiego (może zamiast tego ćwiczono choreografię bujania się z rękami w górze?).

Tak bardzo, bardzo chcieliśmy przyjąć tego dnia od Papieża jak najwięcej. Jednak bycie tam na miejscu nie było najlepszym rozwiązaniem: słowa Ojca Świętego - te mądre słowa o kontemplacji, Krzyżu, ikonie - ginęły w falach rozmów o czymkolwiek, ponad głowami młodych ludzi posilających się w samym środku Mszy, tulących się do siebie w śpiworach. Na pewno - tak się pocieszałem - gdzieś tam bliżej było inaczej, ale to co widziałem wokół świadczyło o całkowitym braku zainteresowania SŁOWEM Papieża - wystarczył papieski piknik pod Jasną Górą.

Jest i post scriptum: wróciłem do Warszawy podłamany tym wszystkim. Odwiedzając znajomą siostrę zakonną - świątobliwą, otwartą głowę - już otwierałem usta, żeby jej zwierzyć swoje bóle... Nie zdążyłem: siostra tak pięknie się uśmiechała, promieniowała radością - i mówiła już w progu: "Ten Światowy Dzie Młodzieży! Co za entuzjazm, co za uwaga i skupienie tej młodzieży! Widziałam wszystko w telewizji..."

Medium is the message.