niedziela, 25 września 2011

Mundet et muniat (XV tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)


Przeznaczona w starszej formie rytu rzymskiego na XV Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego kolekta brzmi w oryginale:
Ecclesiam tuam, Domine, miseratio continuata mundet et muniat : et quia sine te non potest salva consistere; tuo semper munere gubernetur. Per Dominum.
Co przetłumaczymy na polski następująco:
Panie, niech ciągłe zmiłowanie oczyszcza i wzmacnia Twój Kościół; a ponieważ bez Ciebie nie może trwać zachowany od zepsucia, niech będzie rządzony zawsze Twoim darem. Przez Pana.

Niesłychanie bogata jest ta starożytna oracja, obecna po kolei we wszystkich głównych źródłach liturgii rzymskiej – i występująca także w mszale Pawła VI, choć tam relegowana na poniedziałek w trzecim tygodniu Wielkiego Postu. To, co w wielu innych modlitwach opisuje jednostkową kondycję chrześcijanina – chrześcijanina w świecie – zostało tutaj odsłonięte jako rdzeń nauki o Kościele, o Kościele w świecie: zawsze jest to rozwinięcie nauki o Łasce.

Przypomniano nam, w środku tej kolekty, że zachowanie Kościoła od zepsucia jest proporcjonalne do obecności w nim Jezusa. Ta logika nie jest dla nas zaskakująca – znamy ją z katechizmu. A jednak jak często trzeba o tym przypominać! Podmiot modlitwy – kościelne „my”, przemawiające równocześnie mocą Objawienia i doświadczeniem wieków – dobiera tu słowa bardzo starannie: nie chodzi mu jedynie o to, że Kościół potrzebuje towarzystwa Jezusa, Jego bliskości, poufałości z Nim – jako warunek wewnętrznego zdrowia, spójności, niezepsucia przedstawione zostaje coś, co wyrażono w koniunktiwie gubernet. Słowo niemal techniczne – z obszaru techniki spraw społecznych: zarządzanie. „Niech rządzi”.

Kto ma rządzić? A może co ma rządzić? Błagalny imperatyw tej modlitwy domaga się od Boga, aby Kościół był „zawsze rządzony Twoim darem”. To ostatnie słowo oddano w oryginale jako munus. Słownikowo tłumaczy się je dość różnie: danina, powinność, urząd (munus Petrinum – „posługa Piotrowa”!), dar, ofiara, przysługa… Słowo z jednej strony mające w sobie ciężar bardzo materialny, słowo „mocne” – ale równocześnie uskrzydlone bezinteresownością czy poświęceniem.

W kontekście chrześcijańskiej religijności tłumaczymy często munus jako: Łaska. Czy to Łaska ma rządzić Kościołem? Oczywiście jest to poprawne zdanie. A jednak tym razem powiedzmy inaczej: munus to dar. „Niech Kościołem rządzi zawsze Twój dar”.

A Dar to Osoba – gdyż Dar to jedno z imion należących do Trzeciej Osoby Boskiej: Ducha, Świętego, Daru. Niech zawsze Twój Kościół, Panie, będzie rządzony Duchem Świętym.

To bardzo składne, że w środku okresu „po Zesłaniu Ducha Świętego” modlimy się o nieustanne rządy Daru (danego w Pięćdziesiątnicę) w Kościele (objawionym tegoż dnia).

Wróćmy teraz do pierwszej frazy: niech ciągłe zmiłowanie oczyszcza i wzmacnia Twój Kościół. Nauczono już nas w innej modlitwie, że zmiłowanie to najmocniejsze objawienie Bożej wszechmocy. Co ma ono sprawiać na co dzień w Kościele? Połączenie dwóch oczekiwanych skutków jest znamienne: mundet et muniat, „niech oczyszcza i wzmacnia”. To ostatnie nieprzypadkowo kojarzy, w oryginale, obwarowanie lub zgoła wyposażenie w amunicję: w Kościele Bożym powinno być coś z acies bene ordinata, co nasi przodkowie tłumaczyli jako „obóz w szyku zbrojny”. Lecz do tego dochodzi słowo o koniecznym oczyszczeniu, bez którego obwarowanie staje się zaraz redutą obrony interesów i kolegów.

Starożytna modlitwa mówi nam wciąż bardzo wiele o Kościele, w którym żyjemy. Prosi o coś, co także dziś uznamy za pierwszorzędnie ważne: o Kościół równocześnie silny objawioną mu Prawdą dla świata i gruntownie przekonany o konieczności swego własnego oczyszczenia.

piątek, 23 września 2011

Nie po drodze (w dialogu z Wiśniewską)



Powiedzieli mi dzisiaj znajomi, że w „Gazecie Wyborczej” p. Katarzyna Wiśniewska pochyla się nad moim „ultrakatolickim” (jej ulubiony wobec mnie przymiotnik) poglądem, że ochrona życia nienarodzonych potrzebuje skutecznej polityki. Sprawdziłem w Internecie: rzeczywiście tak jest. Pani Wiśniewska pochyla się nade mną, ponieważ nadarzyła się gratka i można zdemaskować obłudę katolickich sojuszników PiSu: Wiśniewska stwierdza nie bez zadowolenia, że gotowi są zamilczeć sprawę ochrony życia, jeśli to szkodzi wyborczym interesom partii.
Tę obłudę lub małoduszność krytykuję od lat, lecz nie o tym chcę w tej chwili mówić. Podobnie, nie ukrywam, że martwi mnie postępowanie mediów skądinąd tak zasłużonych na swoim terenie jak tygodnik „Niedziela”, na którego łamach od lat, z pewnymi przerwami, publikuję. Jednak w tych wszystkich sprawach nie szukam sojuszników takich jak p. Wiśniewska, a jej ustawianie się tutaj w roli arbitra elegancji uważam za perwersyjne.
Ponieważ z tekstu w „GW” można by odnieść wrażenie, że mój artykuł – odsunięty ze względów „wyborczych” przez katolicki tygodnik – był jakimś jednostronnym uderzeniem w PiS, śpieszę wyjaśnić, że każdy w nim otrzymał swoje: Platforma – czerwoną kartkę za dyscyplinę proaborcyjną, niektórzy posłowie PO – plusa za osobistą odwagę, głosujący posłowie PiSu – plusa za dobre głosowanie, a kierownictwo PiS – duży minus za dopuszczenie do dużej absencji klubu w tym niezwykle ważnym głosowaniu. W którym zamiast radykalizmu postaw  należało zadbać o skuteczność polityczną. Rzecz jasna, więcej się oczekuje po partii zbierającej dziś poparcie także elektoratu konserwatywno-katolickiego niż po partii z „ziomalami” Nergala – stąd oczywista asymetria moich oczekiwań i większe wymagania od PiSu.
Pani Wiśniewskiej nie interesuje oczywiście moje żądanie skutecznej polityki dla cywilizacji życia – chyba jako zagrożenie, które po raz nie wiem który napiętnował ostatnio w swoim komentarzu Adam Michnik, zaniepokojony wsparciem ludzi Kościoła dla, jak rzekł cytowany tam abp Michalik, „partii niekoniecznie silnych liczbowo, ale wiarygodnych” i ostrzegając imiennie przed Markiem Jurkiem, który – o horrendum – jest za „zakazem aborcji nawet w wypadku gwałtu”.
Polskę zamieszkują ludzie o różnych poglądach. I na pewno różnię się fundamentalnie w poglądach z p. Wiśniewską. Jednak podobno jesteśmy oboje dziećmi jednego Kościoła – i dlatego w ubiegłym roku, gdy trafiło się, iż z p. Wiśniewską występowaliśmy w jednym panelu w warszawskim KIKu, pozwoliłem sobie zapytać ją publicznie, jak godzi wymogi chrześcijańskiego sumienia z funkcją redaktora gazety, która w ramach tzw. sprawy „Agaty” swoją upartą kampanią doprowadziła do tego, że jedno dziecko zabiło, mimo rozterek, drugie dziecko, nienarodzone (przypomnijmy też: z wydatną pomocą p. minister Kopacz). Odpowiedzi na to pytanie od p. Wiśniewskiej nie otrzymałem, ponieważ jeden z uczestników tamtego panelu, p. Marek Zając, zagroził, że na znak protestu przeciw mojemu pytaniu opuści salę. Ja jednak to pytanie podtrzymuję, a sumienie pojmuję jako miejsce uzasadnień moralnych, a nie carte blanche na wygodę bycia "prywatnym katolikiem".
Wiem, że p. Wiśniewska uważa – dawała temu wyraz publicznie – iż moja odmowa jakiejkolwiek współpracy z mediami Agory (po sprawie „Agaty”) to oznaka zgoła nieewangelicznego (!) zamknięcia, typowej dla „ultrakatolików” niechęci do dialogu. Ja pojmuję to zupełnie inaczej: w naszym specyficznym dialogu, Pani Katarzyno, moja nieobecność w „Wyborczej” jest także zdaniem skierowanym do Pani, którego sensu na pewno się Pani domyśla, zwłaszcza w kontekście pytania, które kiedyś zadałem.
Korzystając z okazji, chcę podziękować zarówno Stefanowi Sękowskiemu z „Gościa Niedzielnego”, jak i Marcie Brzezińskiej z portalu Fronda.pl – którzy poprzez swe teksty uznali za stosowne wyrazić wczoraj swoją podstawową katolicką solidarność ze mną w tym, co mi się ostatnio przydarzyło. Świat katolickich publicystów nie jest i nie musi być jednomyślny w bardzo wielu sprawach, na co dzień chętnie dyskutujemy, spieramy się nawet – ale solidarność w sprawach podstawowych jest marką naszego powołania.

sobota, 3 września 2011

Chwalebnie i bez urazy (XII tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)


W kolekcie obecnego tygodnia, używanej co najmniej od czasów najstarszych sakramentarzy rzymskich (zachowanej także w Mszale Pawła VI dla 31. Niedzieli Zwykłej), Kościół modli się:
Omnipotens et misericors Deus, de cujus munere venit, ut tibi a fidelibus tuis digne et laudabiliter serviatur : tribue, quaesumus, nobis ; ut ad promissiones tuas sine offensione curramus. Per Dominum.
Co można przetłumaczyć:
Wszechmogący i miłosierny Boże, z którego daru pochodzi, gdy wierni Twoi służą Ci godnie i chwalebnie – prosimy, udziel nam, abyśmy biegli do Twoich obietnic bez uszczerbku. Przez Pana.

Modlitwa ta zawiera w sobie trudne do przeoczenia podobieństwo do kolekty z X Niedzieli po Pięćdziesiątnicy Wielkanocnej – przede wszystkim przez użycie zwrotu o „bięgnięciu ku obietnicom”, ale także przez tak ścisłe połączenie, we wstępnym wezwaniu, wszechmocy i miłosierdzia (wiemy już, że to właśnie miłosierdzie jest najmocniejszym objawem wszechmocy).

Podobnie jak w wielu innych oracjach tradycyjnych, ich zwięzłość chroni przed przekształcaniem się modlitwy – mowy zwróconej do Boga – w udające modlitwę pouczenie ludu, faktycznie odwracające jego uwagę od odbywającego się właśnie „zwrócenia ku Panu”. Z tego powodu nie należy się spodziewać rozwiniętych objaśnień – co jednak nie przeszkadza temu, iż modlitwy te, kapiąc jak kropla po kropli, żłobią w duszach rysy typowe dla doktryny katolickiej. W przeważającej mierze chodzi o naukę o Łasce.

Kolekta z XII Niedzieli post Pentecosten w swej mowie do Boga powołuje się, jak wiele innych, na fundament religii nadprzyrodzonej: służba Bogu może realizować się tylko dzięki łasce Bożej, a więc na nic tu opieranie się na samej dobrej woli ludzkiej. Zwróćmy uwagę na coś, co można odczytywać jako odróżnienie jakby dwóch stopni tej służby Bożej: może być ona sprawowana „godnie” i „chwalebnie”.

Oczywiście te dwa przysłówki mogą tu być używane jako określenia bliskoznaczne, jak bywa w prefacjach („godne i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne…”) – jednak dają się także odczytać jako opisujące dwie odróżnialne kondycje. Tak jak w nauce Kościoła o sprawowaniu sakramentów: odróżnia się to, co (tylko) „ważne”, od tego, co (ponadto) „godne” (w ten sposób, że bywa, iż sakrament sprawowany jest „ważnie, lecz niegodnie”). W kolekcie jest jakby ciąg dalszy: służba Boża może być nie tylko godna – ale i chwalebna. Chwalebnie, laudabiliter, służymy Bogu dopiero wtedy, gdy służba ta faktycznie przemienia nas. Gdy jest nie tylko kultem (czymś, co oczywiście musi spełniać wymogi ważności i godności), ale i rzeczywistym uświęceniem, czyli owocowaniem w nas tego, iż dopuszczono nas do „rozumnej służby Bożej”, logike latreja.

W następującej potem prośbie pojawia się sprecyzowanie warunków naszego „biegu ku obietnicom” Pańskim: oby był on sine offensione. Jak to rozumieć – a więc i: jak to przetłumaczyć? Offensio to słowo, którego sens w polskich tłumaczeniach, zależnie od kontekstu, oscyluje między „uraza” i „obraza”. „Obraza” – „bez obrazy” – mogłoby sugerować, że to prośba o uchronienie od grzechu (który jest przecież offensio Dei, obrazą Boga). Jednak powiązanie tego słowa z sytuacją biegu podpowiada pewne bardziej „fizyczne” znaczenie – takie jakie mamy np. w Psalmie 90, gdzie mowa o tym, że ze zrządzenia Bożego aniołowie pilnują, abyśmy „nie urazili stopy o kamień”.

Prosimy więc o to, abyśmy w biegu do Bożych obietnic mogli uniknąć potknięć, szkodliwych dla nas samych, tak jak szkodą jest urażenie stopy o kamień. Chwałą Bożą człowiek – biegnący ku Obietnicy. Prosimy zatem o to, aby żadne potknięcie nie umniejszyło chwały Bożej.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Perspektywy szersze niż najszersze (XI tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)

Kolekta przepisana na ten tydzień w tradycyjnym Mszale Rzymskim znana jest najstarszym źródłom naszego obrządku – została także zachowana przez reformę Pawła VI, dla 27. Niedzieli Zwykłej.
Oracja ta brzmi w oryginale łacińskim następująco:
Omnipotens sempiterne Deus, qui abundantia pietatis tuae, et merita supplicum excedis et vota : effunde super nos misericordiam tuam ; ut dimittas quae conscientia metuit, et adjicias quod oratio non praesumit. Per Dominum.
Co można przetłumaczyć :
Wszechmogący wieczny Boże, który obfitością swej dobroci przewyższasz i zasługi, i pragnienia błagających : wylej na nas Twoje miłosierdzie – abyś odpuścił to, czego lęka się sumienie, i dodał to, czego modlitwa nie ośmiela się wyrazić. Przez Pana.

Modlitwa ta zaczyna się od jednej z najczęściej stosowanych w rycie rzymskim apostrof: Omnipotens sempiterne Deus. Błaganie nie jest miejscem, w którym próbuje się opisywać „istotę” Boga – dając Mu do zrozumienia, jak daleko już weszliśmy w głąb Jego Tajemnicy. W błaganiu przywołuje się czasami to, co bardzo łączy – a czasami, wręcz przeciwnie, to, co bardzo mocno odróżnia. Tym razem chodzi o to drugie: proszący człowiek lub błagający Kościół sięga po jedną z tych cech, które Tego Który Jest objawiają nam jako Świętego, czyli właśnie tak różnego od nas, od wszelkiego stworzenia. Nazywając Boga wszechmogącym i wiecznym, modlitwa przypomina równocześnie o ograniczonej sile stworzenia (wręcz o jego bez-sile) i o jego czasowości (wręcz o chwilowości). Wszechmoc i wieczność karmią nadzieję, czyli motyw każdej prośby, w tym modlitwy: prosimy Tego, który może wszystko – i to bez zmian, zawsze.

Następująca po owym bardzo klasycznym wezwaniu „doktryna” naszej kolekty jest wyjęta z samego centrum chrześcijańskiego poznania Łaski.

Wiele atramentu popłynęło przez wieki na temat granic naszego poznania Boga – wokół słynnego zdania Pseudo-Dionizego, że o Bogu raczej wiemy kim nie jest niż kim jest (co św. Tomasz wraz z Ojcami przetwarzał w zdanie, że wiemy że Bóg jest – a nie kim jest; a więc że znamy byt-istnienie Boga, a nie Jego istotę). Tymczasem nasza kolekta podchodzi do tego od innej strony: zanim bowiem Boga zaczęły opisywać traktaty metafizyków i scholastyków, będące tak bardzo dłużnikami imienia Jahwe, opisywały Go po swojemu prośby ku Niemu kierowane.

Prośby opisują Boga na sposób praktyczny, w świetle nadziei – i z poczuciem własnej słabości. Z tej perspektywy Boga nazywa się Miłosierdziem. I nagle widzimy zjawisko podobne do tego znanego nam z prób teoretycznego ujęcia Boga: gdy chcemy „dostosować się” do ogromu Bożej dobroci swoimi zasługami, natychmiast odczuwamy dysproporcję; jest ona jednak jeszcze głębsza – gdyż przekracza nie tylko, w czym nic dziwnego, nasz moralny „profil” (który tworzą pozytywnie nasze zasługi), lecz i – nasze pragnienia!

Bardzo błądzą, naturalizują tajemnicę chrześcijaństwa ci, którzy ujmują Bożą łaskę jako jedynie „zaspokojenie” ludzkich pragnień. Boża dobroć wyprzedza nasze pragnienia – i niebotycznie je przewyższa. Choć i w ludzkich pragnieniach jest intuicja, że naprawdę uszczęśliwiające dobro musi być nieskończone.

Nasza kolekta opowiada bezbłędnie o Łasce. A w drugiej, wprost błagalnej swojej części w przejmujący sposób odkrywa dwie częste trudności naszego życia duchowego. Bywa ono bowiem krępowane niejako od zewnątrz, siłą narośli grzechów – gdy „sumienie lęka się”, a człowiek dręczy się, że „nie zdoła” wybrnąć ze swoich ślepych uliczek. Prosimy więc, by Łaska zastukała do nas po odpędzeniu prześladowczego oblężenia złych myśli. Bywa jednak i tak, że punkt trudności przesuwa się głęboko do wnętrza człowieka – do tego stopnia, że wygaszony zostaje sam instynkt wielkości, nadany człowiekowi przez Boga już w samym stworzeniu. To smutny moment, i nie tak rzadki: gdy człowiek nie ma już nawet odwagi prosić o coś wielkiego, naprawdę, po ludzku „królewskiego”, a ogranicza się do samych małych „szczęść”. Prosimy więc w kolekcie, aby Boże miłosierdzie „dodało” to, czego nawet modlitwa nie ośmiela się wyrazić.

Można też te ostatnie słowa rozumieć inaczej – nie w związku z przypadkiem wspomnianego „stłamszenia” wewnętrznego, lecz w kontekście odruchu pokory. Mowa wtedy o pięknym geście zaufania: już nawet nie będę się domyślał, co możesz i chcesz mi dać; co chcesz, to daj. Wszechmogący, wieczny Boże.

wtorek, 23 sierpnia 2011

W sercu Wszechmocy (X tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)


Na dziesiąty tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego tradycyjny Mszał Rzymski przewiduje kolektę w następującym brzmieniu:
Deus, qui omnipotentiam tuam parcendo maxime et miserando manifestas : multiplica super nos misericordiam tuam; ut ad tua promissa currentes, caelestium bonorum facias esse consortes. Per Dominum.
Co można przetłumaczyć:
Boże, który ukazujesz swoją wszechmoc najbardziej w przebaczeniu i zmiłowaniu, pomnażaj nad nami Twe miłosierdzie, abyś nas, biegnących ku Twoim obietnicom, uczynił uczestnikami dóbr niebieskich. Przez Pana.

Jest to modlitwa bardzo stara: zna ją Sakramentarz Gelazjański z 1. połowy VIII w., a także Sakramentarz z Gellone (VIII w.) i Sakramentarz Praski (VIII w.), a potem wiele innych źródeł średniowiecznych.

W Mszale Pawła VI kolekta ta znajduje się w modlitwach z 26. Niedzieli Zwykłej, nieco zmodyfikowana, gdyż prosi się w niej nie o pomnożenie miłosierdzia, lecz o „nieustanne zlewanie łaski”.

Trzeba przyznać, że jest to kolekta, która zwłaszcza w swej pierwszej części mocno wykracza poza standard uroczystego przypomnienia utrwalonej oczywistości. Bożą wszechmoc pojmujemy przecież i dzisiaj – a może zwłaszcza dzisiaj, wciąż pod wpływem skażenia nowożytnym nominalizmem – jako nieograniczoną realizację mocy. 

Także w obecnym silnie w języku modlitwy Kościoła świecie pojęć Starego Testamentu wszechmoc Boża ukazuje się często w obrazach potęgi zdolnej do pognębienia przeciwników, aż do starcia ich na proch. Nowina o tym, że nad ubogimi pragnącymi żyć według przykazań Bożych stoi Wszechmocny Pan gotów rozbić sidła bezbożnych, jest niewątpliwie dobrą nowiną. A jednak Dobra Nowina wymaga więcej.

Nasza kolekta nie koliduje w żaden sposób z biblijnym obrazem wojującego Pana Zastępów – a jednak odsłania przed nami coś, bez czego obraz ten nie może wejść do ziemi obiecanej Nowego Przymierza: prawdę o tym, kto naprawdę jest Wielki i kto jest Mocarzem.

Modlitwa przypomina, że „najbardziej”, a więc w stopniu maksymalnym Bóg objawia swoją wszechmoc wtedy, gdy przebacza i udziela zmiłowania. Sięgnijmy dalej: Bóg okazywał się nam wszechmocny „najbardziej”, gdy umierał dla nas na Krzyżu, dając sobie otworzyć serce jako źródło zmiłowania nad nami.

Gdy to zrozumiemy, zdamy sobie sprawę, że z tą modlitwą przemówiliśmy wprost do Serca Bożego, nie popadając przy tym w zmanierowaną czułostkowość zbyt ludzkich, wyłącznie ludzkich wyobrażeń o cierpieniu Jezusa.  

Dalszy bieg modlitwy łączy potrzebę ludzkiego wysiłku („biegu” ku Bożym obietnicom), niezbędność Boskiego miłosierdzia (udzielanego nieustannie i obficie) – i wykraczający daleko poza krąg doczesności cel tego wszystkiego: bycie wprowadzonym w „dobra niebieskie”.

W tym ostatnim nie ma jednak automatyzmu przewidywanych skutków dobrego życia. Wszystko jest nadal łaską – dlatego choć to my biegniemy, tylko sam Bóg może nas „uczynić uczestnikami” nieba. Po raz kolejny ukazując się nam „najbardziej” jako Wszechmogący. 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Modlitwa, która ma zmienić proszącego

W dziewiątym tygodniu po Zesłaniu Ducha Świętego Kościół modli się, w starszej formie rytu rzymskiego, słowami starożytnej kolekty:
Pateant aures misericordiae tuae, Domine, precibus supplicantium : et, ut petentibus desiderata concedas, fac eos, quae tibi sunt placita, postulare. Per Dominum.
Co można by przełożyć:
Niech się otworzą uszy miłosierdzia Twego, Panie, na modlitwy błagających; a żebyś udzielił proszącym tego, czego pragną, uczyń, aby prosili o to, co się Tobie podoba. Przez Pana.

Jest to modlitwa, która w tradycyjnym Mszale Rzymskim występuje dwukrotnie: nie tylko, jako kolekta, w IX Niedzielę po Pięćdziesiątnicy, ale i – jako modlitwa „nad ludem” w środę po IV Niedzieli Wielkopostnej. Jej geneza jest odległa: występuje już w rzymskim Sakramentarzu Gelazjańskim z pierwszej połowy VIII wieku (nawet wcześniej – w trochę zmienionej wersji w Sakramentarzu Leoniańskim z drugiej połowy VI w.), a potem znajdujemy ją w źródłach frankijskich i germańskich, ale także w rzymskich sakramentarzach czy mszałach z XI-XII wieku – a w końcu i w „mszale Kurii” z XIV, w mediolańskiej editio princeps z 1474 oraz w pierwszej edycji Mszału Rzymskiego św. Piusa V z 1570.

W Mszale Rzymskim zreformowanym w 1970 modlitwa ta jest nieobecna.

Jest to modlitwa, w której jej właściwy podmiot – Kościół – okazuje się mądrym mediatorem, ale jakże przy tym niezwykłym: mediuje pomiędzy „błagającymi” (z których sam jest złożony) i Panem (którego jest narzędziem na ziemi). Święty Kościół błagających oczywiście nie jest tutaj w sensie ścisłym czymś trzecim – a jednak gdy przemawia do Pana, mówi w imieniu ludzi, zaś zwracając się do ludzi, ma im dać jedynie to co otrzymuje od Pana. Im bardziej Kościół jest w takiej sytuacji, tym bardziej widoczna jest jego tożsamość Chrystusowa. To bowiem Chrystus jest jedynym Mediatorem.

Na czym polega ta mediacja? Najpierw Mediator przychodzi do Pana, czując jakby za sobą nacisk błagających. W pierwszym zdaniu modlitwy, wyrażonym w uprzejmym koniunktiwie, mamy usilną prośbę zwróconą do Boga – i to prośbę o jakby zmianę u Niezmiennego: pateant, „niech się otworzą”.

Mediator chce, aby błagania ludzi dotarły do otwartych „uszu miłosierdzia” Bożego. Obraz „uszu” Boga nie jest oczywiście wynalazkiem tej modlitwy – znajdujemy go już w Psalmach, rzecz jasna w kontekście prośby ludzkiej, która pragnie być usłyszana: Fiant aures tuae intendentes in vocem deprecationis meae (Ps 130, 2).
Do tej pory wszystko jest dość oczywiste: ktoś prosi, ktoś tę prośbę poleca uwadze tego, kto może ją spełnić. Tak to wygląda w sprawach ludzkich. Ale tym razem sprawa przybiera nieoczekiwany bieg.

Zwykle jest tak, że mediator sonduje, co można uzyskać. Próbuje przekonywać do racji tych, których reprezentuje. Ale mediator przemawiający w tej modlitwie czyni inaczej: o ile pierwsza część naszej kolekty postuluje pewne „poruszenie” w Bogu, a raczej w Jego nastawieniu wobec proszących – o tyle realna zmiana ma się dokonać właśnie w nich samych. Mediator zdaje sobie sprawę, że wypowiadana modlitwa nie ma sprawić, aby Bóg od tej pory patrzył łaskawie na błagających; nie, łaskawość Boga jest tu od początku założona, i modlitwa nie będzie jej wywoływała. A więc zmiana w Bogu nie jest potrzebna. Potrzebna jest zmiana w człowieku, w ludziach.

Zmiana, którą Bóg może sprawić: aby błagania ludzkie rezonowały pragnieniem tego dobra, którego Bóg chce dla człowieka, znając najlepiej drogi jego szczęścia.

Spraw więc, Panie, abyśmy prosili o to, co się Tobie podoba – abyś nam tego udzielał jako naszego upragnionego dobra. Tak, aby to obiektywne dobro, którego nie skąpisz, było także subiektywnie upragnieniem naszych serc.

poniedziałek, 25 lipca 2011

O wersach biblijnych, które "wypadły"


Kilka dni temu odebrałem list od pewnego czcigodnego księdza, który właśnie zapoznał się z moją książką "Według Boga czy według świata?". Oto fragment:

Pisze Pan, że słowa o niegodnym przyjmowaniu Ciała Pańskiego "rzadko się pojawiają" (str. 95). One w 7 tomach lekcjonarza nigdy się nie pojawiają, mimo że wersy od 27 do 30 nie są nową myślą, z poprzednimi słowami łączy je spójnik "dlatego".Swego czasu powiedziałem o tym p. ......., a ta Janowi Pawłowi II, który się tym bardzo strapił. To było krótko przed encykliką Ecclesia de Eucharistia. Może dlatego znalazły się w niej dramatyczne słowa Ojca Świętego o grzechu świętokradztwa.Mamy w 7 tomach lekcjonarza przeróżne często bardzo trudne teksty ze Starego Testamentu (np. nierozważny ślub Jeftego), często są to "tasiemcowe" czytania przerastające możliwości percepcji. Nie ma natomiast tak ważnego tekstu jakim jest 1 Kor 11, 27-30, choć rzeczywiście tak wielu katolików jest duchowo chorych i umarłych.

Niezwykłe, prawda? Teraz ja jestem winny kilka słów wyjaśnienia. Otóż jest prawdą, że nagrywając swój wywiad-rzekę o liturgii i wierze, powiedziałem po prostu, że tego fragmentu w nowym lekcjonarzu nie ma, że dziwnym trafem akurat on "wypadł". Jednak gdy przyszło do ostatniej redakcji tekstu, zawahałem się - ktoś zwrócił mi uwagę, że chyba przesadziłem. Sam pomyślałem, że to chyba jednak niemożliwe - żeby Słowo Boże tak zostało ocenzurowane. Wiedziałem na pewno, że fragment ten zniknął z czytań Bożego Ciała, że nie ma go w kilku innych miejscach gdzie byłby bardzo a propos... Ale może, podobnie jak wiele innych "niewygodnych" elementów liturgii, został przesunięty gdzieś na dalszy plan? Sprawdziłem czytania niedziel i świąt - nie było... Nie miałem już czasu, aby zaglądać do szczegółowych wykazów z dni powszednich, więc nie mając absolutnej pewności zmieniłem kształt swojego zdania, osłabiłem jego kategoryczność. Widzę jednak, że pamięć mnie nie myliła - cytowany fragment listu doświadczonego duszpasterza utwierdza mnie ponadto w spostrzeżeniu, że jest to sprawa ważna. Mały fragment - a sprawa ważna!

Chodzi przecież o naukę św. Pawła - bodaj jedyny fragment w Piśmie Świętym, w którym tak wyraźnie określa się warunki przystępowania do stołu Pańskiego. Na zakopńczenie zacytuję ten tekst św. Pawła, z podkreśleniem fragmentu, który "wypadł":

Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem*, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb 24 i dzięki uczyniwszy połamał i rzekł: «To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę». 25 Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: «Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę»*. 26 Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. 27 Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej*. 28 Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. 29 Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie]*, wyrok sobie spożywa i pije. 30 Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło. 

Mamy więc obecnie trzy lata czytań - zamiast cyklu jednorocznego. Mamy "czytania lepiej dobrane" przez sztab biblistów - zamiast cyklu czytań ułożonego przez wieki. Okazuje się jednak, że "więcej" i "lepiej" oznacza czasami: skasowano, deleted.