poniedziałek, 30 grudnia 2013

Filozofia do Boecjusza

"...naszym prawdziwym powołaniem jest nie podobać się ludziom złym" (De consolatione philosophiae, 3)

czwartek, 14 marca 2013

Extra omnes (tekst sprzed białego dymu)


Ten tekst napisałem dzisiaj, na kilka godzin przed białym dymem. Niech pozostanie świadectwem myśli, które snułem zanim okazało się, że Opatrzność przyniosła nam kolejne zaskoczenie.


Wbrew naszym ludzkim skojarzeniom, wezwanie „Extra omnes – Wszyscy na zewnątrz”, wypowiadane jako ostateczne hasło do rozpoczęcia konklawe, nie ma w sobie nic ze szczekliwej komendy lub brutalnego „wypraszania z sali”. Jest natomiast konkretne i trzeźwe jak cały obrządek rzymski – który właśnie w taki sposób otacza troską największe tajemnice wiary.
Kiedy więc we wtorek 12 marca po owym Extra omnes, wypowiedzianym przez nieocenionego Don Guido Mariniego, opuszczali Kaplicę Sykstyńską wszyscy, którzy – jak i my – nie muszą tam być – i kiedy zamykano za nimi drzwi, zadumałem się przez chwilę właśnie nad tym: na progu jakiej tajemnicy stanęły te słowa?
Nie jest to tajemnica spektakularna – nie musimy jej ubarwiać obrazkami z unoszącą się nad głowami kardynałów gołąbką Ducha Świętego, przymuszającą ludzi do „wyboru najlepszego”. Nie ma tu magii – choć jest misterium.
W całej rzece komentarzy poprzedzających konklawe moją uwagę i zupełnie szczególną wdzięczność wzbudził skromny wpis fejsbukowy Piotra J. Ochwała, skądinąd znanego skandalizatora z Kroniki Novus Ordo: kogokolwiek wybiorą, będzie dobrze. Ten komentarzyk – pochodzący w sumie od kogoś, kto wedle ludzkiej logiki powinien teraz raczej marzyć i drżeć, rozrywany myślami o walce modernistów i konserwatystów – zderzył mi się wczoraj z bliźniaczo niepodobną uwagą Jarosława Makowskiego, teologa z think-tanku PO: kogokolwiek wybiorą, nic to nie zmieni. Zaufanie Ochwała i defetyzm Makowskiego wyznaczyły mi linię podziału między tymi, którzy chcą być wewnątrz, i tymi, którzy wolą być „extra”.
Gdy Ochwał mówi „tak czy siak, będzie dobrze”, wierzy bardziej w misję niż w człowieka; wierzy w to, że ramy tworzą papieża. Gdy Makowski mówi „tak czy inaczej, nic się nie zmieni”, wyraża żal, że żaden z wybranych nie zmieni urzędu i nie przedefiniuje misji. W tym zderzeniu skrótów myślowych jestem po stronie Ochwała. Jednak nie chcę pozostać przy skrócie myślowym – prawdę mówiąc, za dużo ich mamy w naszych debatach kościelnych.
Nie trzeba być naiwnym, żeby być wierzącym. Chcielibyśmy, żeby papieżem zawsze zostawał ktoś o solidnej posturze duchowej, o mocnym zmyśle wiary, o umiejętności prowadzenia dusz. Osobiste przymioty kandydata – tym bardziej kandydata wybranego – nie są sprawą zupełnie drugorzędną. Znam nazwiska tych, którzy – według mojej ludzkiej rachuby świeckiego katolika – zdają się być najbardziej predysponowani do udźwignięcia i wypełniania posługi Piotrowej: bycia zastępcą Chrystusa na ziemi. Tym razem odsuwam nazwiska „ludzi idei”, mistrzów intelektu, wymownych retorów czy nawet pobożnych „wzorów”. Szukam kogoś kto łączyłby głęboką prostotę Benedykta XVI z mocą stanięcia w centrum i możnością realnego przejęcia sterów.
Jednak nawet wtedy gdy zaczynają nas wciągać podobne kalkulacje – lub co gorsza: zupełnie świeckie „obliczanie głosów” i papa toto – powinniśmy nie tracić z oczu tej właściwej tajemnicy: że nie znamy tego nowego papieża dopóki on sam nie przejdzie przez ten odmieniający go proces przyjęcia urzędu; także on sam, wybrany, pozna siebie jako papieża dopiero wtedy. Najpierw w słynnej „sali łez”, gdzie przybierze białą sutannę; potem w pierwszym spotkaniu z wiernymi; we Mszy intronizacyjnej i w homagium kardynałów… Będzie się rodził papieżem, wskazany do tego z dala od zgiełku, w środku liturgicznej akcji, którą w istocie jest konklawe.
Wybrany – po przyjęciu tego wyboru ludzką wolą Deo adiuvante – otrzyma nie tylko misję, ale i łaskę stanu. Rzecz jasna: nie musi dać się nią ukształtować. A jednak łaska Boża jest podstępna i silniejsza niż ludzkie opory. Tak wierzymy.
Myślę, że tym razem konklawowe Extra omnes ma jeszcze inne brzmienie – jest wezwaniem do skupienia przekraczającego dni wyboru papieża. Kościół skupiony w tych dniach na swoim widomym i niezastąpionym znaku jedności, będzie musiał następnie wraz z tymże widomym znakiem w Rzymie skupić uwagę jeszcze bardziej na „tym, co jedynie konieczne”. Do tego przecież prowadził nas Benedykt XVI – i nie dlatego, że tak sobie umyślił, ale dlatego, że chrześcijaństwo rozproszone na „wielu rzeczach” i rozkapryszone jak Marta w swym gorszym dniu – nie umie słuchać Pana.
I wydaje się, że mimo wysiłków Benedykta, wspólnota Kościoła nie usłyszała jeszcze tych rzeczy najważniejszych, nie przejęła się ich prymatem: że bez świętości w liturgii nie będzie żadnej odnowy; że bez świadomości, iż największym darem jest przekazanie wiary, nie będzie braterstwa i dialogu; że bez zdolności do pozbywania się „bogactw” dobrych układów z systemem świeckim będzie się coraz bardziej traciło prawdziwe bogactwo Kościoła: wiernych; że bez oczyszczenia z brudu i oportunizmu nie da się głosić Ewangelii prostym i ubogim; że bez udziału w walce o respektowanie praw naturalnych zostawia się bezbronnymi tych, których należy chronić najbardziej.
Kilkadziesiąt lat temu praktyka reformy zdawała się odwracać te zależności – choć wychwycił je Sobór Watykański II. Pozwalając na zamianę „Soboru Ojców” w to, co dyktował Kościołowi „Sobór mediów”, dopuszczono do tego, iż zaczęliśmy myśleć coś przeciwnego do prawdy: że to odnowa stworzy liturgię; że to braterstwo i dialog dadzą wiarę; że pozbycie się mas „słabo wierzących” oczyści Kościół z formalizmu i rutyny; że prostych obraża piękno i mądrość, a ubogich – bogactwo ołtarzy; że słabym nie potrzeba przykładu dobrych praw. A jest odwrotnie.
Gdy zatem kardynałowie i wybrany nowy papież opuszczą już Kaplicę Sykstyńską, gdy na Placu Świętego Piotra zabrzmi radosne Habemus Papam!, słowa z początku konklawe powinny brzmieć dalej, już w innym znaczeniu: Extra omnes – czyli: wystawcie na zewnątrz wszystko, co przeszkadza widzieć prosto i słyszeć wyraźnie.

wtorek, 3 stycznia 2012

Na marginesie 50-lecia Vaticanum II

50-lecie II Soboru Watykańskiego przyniosło Interesujący artykuł prałata Fernando Ocáriza - znanego głównie jako wikariusz generalny Opus Dei, ale w tym wypadku piszący jako teolog, zaangażowany w rozmowach z FSSPX. Bardzo trzeźwo przedstawił sprawę "duszpasterskości" ostatniego soboru. Wszystkich problemów to nie rozwiązuje, ale trochę nas wyprowadza z dialektyki w stylu "jak nie dogmatyczny, to wszystko wolno".

Z problemem Soboru zmierzył się też prałat Brunero Gherardini i nie daje spokoju - tym, którzy uznaliby, że niedawno ks. Ocariz "wyjaśnił wszystko" na temat rangi Vaticanum II. Ks. Gherardini wierci dziurę w brzuchu zadowolonemu olbrzymowi "słusznej opinii" - słusznie, jak każdy teolog godny tej nazwy.

Nie musilismy też długo czekać na odpowiedź uczestnika tych samych rozmów z drugiej strony - Ks. Jean-Michel Gleize z FSSPX. Powiem najpierw, że zdecydowanie wolę sytuację, gdy FSSPX operuje analizą (niż antysoborową politgramotą) i argumentuje jakoś subtelniej - jak tym razem. A jednak wydaje mi się, że całe powodzenie swego wywodu ks. Gleize zawdzięcza wyjściowemu i wszechobecnemu uproszczeniu: uznał, że Benedyktowa "jedność podmiotu" jest czymś obok lub zamiast "jedności przedmiotu". Ale może jest inaczej - i może gdy Kościół pojmuje siebie jako jeden podmiot w dziejach, obejmuje to także jedność przedmiotu, czyli jedność wiary - bo ona jest owym kręgosłupem jednego podmiotu? I w ten sposób zachowuje także zdolność adaptowania swych niezmiennych zasad do zmiennych sytuacji (mam wrażenie, że w ujęciu FSSPX Tradycja przypomina taki kartezjański twór, który się automatycznie sam "podstawia" w każdej sytuacji, jak w równaniu).

Ks. Gleize zdaje się wychodzić z założeń tomistycznych. Jednak to jest taki udawany “św. Tomasz”, w którym jest więcej racjonalizmu Kartezjusza (zupełnie jak w podręcznikach, z których zapewne uczył się w FSSPX): króluje wyobrażenie, że żeby coś było "niezmienne", musi być czymś w rodzaju jednoznacznego i płaskiego iksa. O sztucznym przeciwstawieniu "jedności podmiotu" i "jedności przedmiotu" nawet i wstyd mówić, zwłaszcza w odniesieniu do Kościoła, w przypadku którego jedno i drugie jest niezrozdzielne. Rozumiem FSSPX, gdy domaga się bezpiecznych, komunikatywnych formuł katechizmowych - nie rozumiem, gdy domaga się, aby całe nauczanie Kościoła przybrało postać katechizmu kard. Gasparriego.

Dorzucając teraz swoje trzy grosze, powiedziałbym, że nie ma jednego “problemu Vaticanum II” - jest ich kilka, niesprowadzalnych do siebie: 1) problem z dopuszczalną nowością nauczania (zawsze treści "nowe" nastręczają trudności - i nie jest to każdorazowo wina soborów etc.); 2) problem z tym, że w niektórych przypadkach nowe elementy nauczania wyrażono w języku albo obojętnym względem dotychczasowej Tradycji, albo prowokacyjnym wobec niej (to także kwestia obiektywnych trudności, ale i towarzyszącej Soborowi atmosfery "przełomu"); 3) i w końcu - uwzględnijmy to, choć bez przesady w rozmiarach tego zjawiska - problem realnej otwartości niektórych formuł na błędne koncepcje teologiczne, niekiedy wyznawane przez aktywnych soborowych ekspertów (nie można zaprzeczyć, że są takie passusy, które dają się interpretować zupełnie niekatolicko - ale z drugiej strony naturalna postawa katolicka powinna tu polegać na obronie własnej linii kościelnej dokumentu, a nie interpretacji narzucanej mu przez jakiegoś teologa mającego poczucie własności względem dokumentów). W przypadku 1) należy się uczyć z pokorą, w przypadku 2) i 3) podjąć wysiłek budowania objaśnień oficjalnych. Tyle jeśli chodzi o dokumenty.

Nie będę tu ani starał się być na siłę oryginalny, ani nie będę próbował się sztucznie odróżnić od opinii wyrażanych np. w Bractwie Św. Piusa X - bo mi na różnieniu się z FSSPX nie zależy. Mam jednak wrażenie, że występuje w tym środowisku tendencja do 1) mieszania tych trzech przypadków w jeden "problem Vaticanum II" (czyli że np. byliby skłonni do wycięcia "w imię Tradycji" także tych odrośli Tradycji, których by nie znaleźli w Magisterium wcześniejszym, choć nie są one w żadnym razie kontradyktoryjne z Tradycją - to jest choćby przykład "subsistit in"); 2) ich podejście jest takie, że tam, gdzie natykamy się w dokumentach Soboru na poważne kłopoty interpretacyjne, należy po prostu zdezawuować Sobór - co dla mnie jest sygnałem ducha anarchicznego majsterkowiczostwa; Kościół nie powinien być szantażowany na zasadzie: "pogodzimy się, ale odwołajcie Sobór" - to raczej widzący trudności teologowie i biskupi powinni przyłożyć rękę do tego, aby te trudne miejsca zyskały poprawki, jednak bez wylewania dziecka z kąpielą.

Kiedy FSSPX porównuje dokumenty ostatniego Soboru z dawnymi, podkreśla “klarowność” tych dawniejszych, oraz “wieloznaczność” tych soborowych. Abstrahując od tego, że “klarowność” bywa też zasługą upływu lat (w trakcie których coś się “jak figa ucukruje, jak tytuń uleży”), problem polega również na odmiennej celowości porównywanych dokumentów: np. Pascendi św. Piusa X nie ma żadnego innego celu niż "ochrona przed błędami" - ale to jest tylko jeden z aspektów Ewangelii, prawdopodobnie nie najważniejszy. Te ważniejsze - np. głoszenie Ewangelii "wszystkim narodom" - wymagają więcej odwagi mierzenia się z życiem - a więc pewnie i sformułowań niekiedy tak nowych jak orzeczenia dawnych, starożytnych soborów, które ze swobodą sięgały do słów, których nie było początkowo w kanonie.

Ponadto wciąż ta sama uwaga: w przypadku sformułowań niedoskonałych etc. należy bronić intencji Kościoła, to naturalna postawa - zgodna z najgłębszą intuicją Odkupienia: tam, gdzie zdarzyło się potknięcie, tam należy ratować pierwotną intencję, a nie ogłaszać herezję; raczej więc “zbawić” (tekst Kościoła) niż “potępić” (tekst Kościoła).

niedziela, 25 września 2011

Mundet et muniat (XV tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)


Przeznaczona w starszej formie rytu rzymskiego na XV Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego kolekta brzmi w oryginale:
Ecclesiam tuam, Domine, miseratio continuata mundet et muniat : et quia sine te non potest salva consistere; tuo semper munere gubernetur. Per Dominum.
Co przetłumaczymy na polski następująco:
Panie, niech ciągłe zmiłowanie oczyszcza i wzmacnia Twój Kościół; a ponieważ bez Ciebie nie może trwać zachowany od zepsucia, niech będzie rządzony zawsze Twoim darem. Przez Pana.

Niesłychanie bogata jest ta starożytna oracja, obecna po kolei we wszystkich głównych źródłach liturgii rzymskiej – i występująca także w mszale Pawła VI, choć tam relegowana na poniedziałek w trzecim tygodniu Wielkiego Postu. To, co w wielu innych modlitwach opisuje jednostkową kondycję chrześcijanina – chrześcijanina w świecie – zostało tutaj odsłonięte jako rdzeń nauki o Kościele, o Kościele w świecie: zawsze jest to rozwinięcie nauki o Łasce.

Przypomniano nam, w środku tej kolekty, że zachowanie Kościoła od zepsucia jest proporcjonalne do obecności w nim Jezusa. Ta logika nie jest dla nas zaskakująca – znamy ją z katechizmu. A jednak jak często trzeba o tym przypominać! Podmiot modlitwy – kościelne „my”, przemawiające równocześnie mocą Objawienia i doświadczeniem wieków – dobiera tu słowa bardzo starannie: nie chodzi mu jedynie o to, że Kościół potrzebuje towarzystwa Jezusa, Jego bliskości, poufałości z Nim – jako warunek wewnętrznego zdrowia, spójności, niezepsucia przedstawione zostaje coś, co wyrażono w koniunktiwie gubernet. Słowo niemal techniczne – z obszaru techniki spraw społecznych: zarządzanie. „Niech rządzi”.

Kto ma rządzić? A może co ma rządzić? Błagalny imperatyw tej modlitwy domaga się od Boga, aby Kościół był „zawsze rządzony Twoim darem”. To ostatnie słowo oddano w oryginale jako munus. Słownikowo tłumaczy się je dość różnie: danina, powinność, urząd (munus Petrinum – „posługa Piotrowa”!), dar, ofiara, przysługa… Słowo z jednej strony mające w sobie ciężar bardzo materialny, słowo „mocne” – ale równocześnie uskrzydlone bezinteresownością czy poświęceniem.

W kontekście chrześcijańskiej religijności tłumaczymy często munus jako: Łaska. Czy to Łaska ma rządzić Kościołem? Oczywiście jest to poprawne zdanie. A jednak tym razem powiedzmy inaczej: munus to dar. „Niech Kościołem rządzi zawsze Twój dar”.

A Dar to Osoba – gdyż Dar to jedno z imion należących do Trzeciej Osoby Boskiej: Ducha, Świętego, Daru. Niech zawsze Twój Kościół, Panie, będzie rządzony Duchem Świętym.

To bardzo składne, że w środku okresu „po Zesłaniu Ducha Świętego” modlimy się o nieustanne rządy Daru (danego w Pięćdziesiątnicę) w Kościele (objawionym tegoż dnia).

Wróćmy teraz do pierwszej frazy: niech ciągłe zmiłowanie oczyszcza i wzmacnia Twój Kościół. Nauczono już nas w innej modlitwie, że zmiłowanie to najmocniejsze objawienie Bożej wszechmocy. Co ma ono sprawiać na co dzień w Kościele? Połączenie dwóch oczekiwanych skutków jest znamienne: mundet et muniat, „niech oczyszcza i wzmacnia”. To ostatnie nieprzypadkowo kojarzy, w oryginale, obwarowanie lub zgoła wyposażenie w amunicję: w Kościele Bożym powinno być coś z acies bene ordinata, co nasi przodkowie tłumaczyli jako „obóz w szyku zbrojny”. Lecz do tego dochodzi słowo o koniecznym oczyszczeniu, bez którego obwarowanie staje się zaraz redutą obrony interesów i kolegów.

Starożytna modlitwa mówi nam wciąż bardzo wiele o Kościele, w którym żyjemy. Prosi o coś, co także dziś uznamy za pierwszorzędnie ważne: o Kościół równocześnie silny objawioną mu Prawdą dla świata i gruntownie przekonany o konieczności swego własnego oczyszczenia.

piątek, 23 września 2011

Nie po drodze (w dialogu z Wiśniewską)



Powiedzieli mi dzisiaj znajomi, że w „Gazecie Wyborczej” p. Katarzyna Wiśniewska pochyla się nad moim „ultrakatolickim” (jej ulubiony wobec mnie przymiotnik) poglądem, że ochrona życia nienarodzonych potrzebuje skutecznej polityki. Sprawdziłem w Internecie: rzeczywiście tak jest. Pani Wiśniewska pochyla się nade mną, ponieważ nadarzyła się gratka i można zdemaskować obłudę katolickich sojuszników PiSu: Wiśniewska stwierdza nie bez zadowolenia, że gotowi są zamilczeć sprawę ochrony życia, jeśli to szkodzi wyborczym interesom partii.
Tę obłudę lub małoduszność krytykuję od lat, lecz nie o tym chcę w tej chwili mówić. Podobnie, nie ukrywam, że martwi mnie postępowanie mediów skądinąd tak zasłużonych na swoim terenie jak tygodnik „Niedziela”, na którego łamach od lat, z pewnymi przerwami, publikuję. Jednak w tych wszystkich sprawach nie szukam sojuszników takich jak p. Wiśniewska, a jej ustawianie się tutaj w roli arbitra elegancji uważam za perwersyjne.
Ponieważ z tekstu w „GW” można by odnieść wrażenie, że mój artykuł – odsunięty ze względów „wyborczych” przez katolicki tygodnik – był jakimś jednostronnym uderzeniem w PiS, śpieszę wyjaśnić, że każdy w nim otrzymał swoje: Platforma – czerwoną kartkę za dyscyplinę proaborcyjną, niektórzy posłowie PO – plusa za osobistą odwagę, głosujący posłowie PiSu – plusa za dobre głosowanie, a kierownictwo PiS – duży minus za dopuszczenie do dużej absencji klubu w tym niezwykle ważnym głosowaniu. W którym zamiast radykalizmu postaw  należało zadbać o skuteczność polityczną. Rzecz jasna, więcej się oczekuje po partii zbierającej dziś poparcie także elektoratu konserwatywno-katolickiego niż po partii z „ziomalami” Nergala – stąd oczywista asymetria moich oczekiwań i większe wymagania od PiSu.
Pani Wiśniewskiej nie interesuje oczywiście moje żądanie skutecznej polityki dla cywilizacji życia – chyba jako zagrożenie, które po raz nie wiem który napiętnował ostatnio w swoim komentarzu Adam Michnik, zaniepokojony wsparciem ludzi Kościoła dla, jak rzekł cytowany tam abp Michalik, „partii niekoniecznie silnych liczbowo, ale wiarygodnych” i ostrzegając imiennie przed Markiem Jurkiem, który – o horrendum – jest za „zakazem aborcji nawet w wypadku gwałtu”.
Polskę zamieszkują ludzie o różnych poglądach. I na pewno różnię się fundamentalnie w poglądach z p. Wiśniewską. Jednak podobno jesteśmy oboje dziećmi jednego Kościoła – i dlatego w ubiegłym roku, gdy trafiło się, iż z p. Wiśniewską występowaliśmy w jednym panelu w warszawskim KIKu, pozwoliłem sobie zapytać ją publicznie, jak godzi wymogi chrześcijańskiego sumienia z funkcją redaktora gazety, która w ramach tzw. sprawy „Agaty” swoją upartą kampanią doprowadziła do tego, że jedno dziecko zabiło, mimo rozterek, drugie dziecko, nienarodzone (przypomnijmy też: z wydatną pomocą p. minister Kopacz). Odpowiedzi na to pytanie od p. Wiśniewskiej nie otrzymałem, ponieważ jeden z uczestników tamtego panelu, p. Marek Zając, zagroził, że na znak protestu przeciw mojemu pytaniu opuści salę. Ja jednak to pytanie podtrzymuję, a sumienie pojmuję jako miejsce uzasadnień moralnych, a nie carte blanche na wygodę bycia "prywatnym katolikiem".
Wiem, że p. Wiśniewska uważa – dawała temu wyraz publicznie – iż moja odmowa jakiejkolwiek współpracy z mediami Agory (po sprawie „Agaty”) to oznaka zgoła nieewangelicznego (!) zamknięcia, typowej dla „ultrakatolików” niechęci do dialogu. Ja pojmuję to zupełnie inaczej: w naszym specyficznym dialogu, Pani Katarzyno, moja nieobecność w „Wyborczej” jest także zdaniem skierowanym do Pani, którego sensu na pewno się Pani domyśla, zwłaszcza w kontekście pytania, które kiedyś zadałem.
Korzystając z okazji, chcę podziękować zarówno Stefanowi Sękowskiemu z „Gościa Niedzielnego”, jak i Marcie Brzezińskiej z portalu Fronda.pl – którzy poprzez swe teksty uznali za stosowne wyrazić wczoraj swoją podstawową katolicką solidarność ze mną w tym, co mi się ostatnio przydarzyło. Świat katolickich publicystów nie jest i nie musi być jednomyślny w bardzo wielu sprawach, na co dzień chętnie dyskutujemy, spieramy się nawet – ale solidarność w sprawach podstawowych jest marką naszego powołania.

sobota, 3 września 2011

Chwalebnie i bez urazy (XII tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)


W kolekcie obecnego tygodnia, używanej co najmniej od czasów najstarszych sakramentarzy rzymskich (zachowanej także w Mszale Pawła VI dla 31. Niedzieli Zwykłej), Kościół modli się:
Omnipotens et misericors Deus, de cujus munere venit, ut tibi a fidelibus tuis digne et laudabiliter serviatur : tribue, quaesumus, nobis ; ut ad promissiones tuas sine offensione curramus. Per Dominum.
Co można przetłumaczyć:
Wszechmogący i miłosierny Boże, z którego daru pochodzi, gdy wierni Twoi służą Ci godnie i chwalebnie – prosimy, udziel nam, abyśmy biegli do Twoich obietnic bez uszczerbku. Przez Pana.

Modlitwa ta zawiera w sobie trudne do przeoczenia podobieństwo do kolekty z X Niedzieli po Pięćdziesiątnicy Wielkanocnej – przede wszystkim przez użycie zwrotu o „bięgnięciu ku obietnicom”, ale także przez tak ścisłe połączenie, we wstępnym wezwaniu, wszechmocy i miłosierdzia (wiemy już, że to właśnie miłosierdzie jest najmocniejszym objawem wszechmocy).

Podobnie jak w wielu innych oracjach tradycyjnych, ich zwięzłość chroni przed przekształcaniem się modlitwy – mowy zwróconej do Boga – w udające modlitwę pouczenie ludu, faktycznie odwracające jego uwagę od odbywającego się właśnie „zwrócenia ku Panu”. Z tego powodu nie należy się spodziewać rozwiniętych objaśnień – co jednak nie przeszkadza temu, iż modlitwy te, kapiąc jak kropla po kropli, żłobią w duszach rysy typowe dla doktryny katolickiej. W przeważającej mierze chodzi o naukę o Łasce.

Kolekta z XII Niedzieli post Pentecosten w swej mowie do Boga powołuje się, jak wiele innych, na fundament religii nadprzyrodzonej: służba Bogu może realizować się tylko dzięki łasce Bożej, a więc na nic tu opieranie się na samej dobrej woli ludzkiej. Zwróćmy uwagę na coś, co można odczytywać jako odróżnienie jakby dwóch stopni tej służby Bożej: może być ona sprawowana „godnie” i „chwalebnie”.

Oczywiście te dwa przysłówki mogą tu być używane jako określenia bliskoznaczne, jak bywa w prefacjach („godne i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne…”) – jednak dają się także odczytać jako opisujące dwie odróżnialne kondycje. Tak jak w nauce Kościoła o sprawowaniu sakramentów: odróżnia się to, co (tylko) „ważne”, od tego, co (ponadto) „godne” (w ten sposób, że bywa, iż sakrament sprawowany jest „ważnie, lecz niegodnie”). W kolekcie jest jakby ciąg dalszy: służba Boża może być nie tylko godna – ale i chwalebna. Chwalebnie, laudabiliter, służymy Bogu dopiero wtedy, gdy służba ta faktycznie przemienia nas. Gdy jest nie tylko kultem (czymś, co oczywiście musi spełniać wymogi ważności i godności), ale i rzeczywistym uświęceniem, czyli owocowaniem w nas tego, iż dopuszczono nas do „rozumnej służby Bożej”, logike latreja.

W następującej potem prośbie pojawia się sprecyzowanie warunków naszego „biegu ku obietnicom” Pańskim: oby był on sine offensione. Jak to rozumieć – a więc i: jak to przetłumaczyć? Offensio to słowo, którego sens w polskich tłumaczeniach, zależnie od kontekstu, oscyluje między „uraza” i „obraza”. „Obraza” – „bez obrazy” – mogłoby sugerować, że to prośba o uchronienie od grzechu (który jest przecież offensio Dei, obrazą Boga). Jednak powiązanie tego słowa z sytuacją biegu podpowiada pewne bardziej „fizyczne” znaczenie – takie jakie mamy np. w Psalmie 90, gdzie mowa o tym, że ze zrządzenia Bożego aniołowie pilnują, abyśmy „nie urazili stopy o kamień”.

Prosimy więc o to, abyśmy w biegu do Bożych obietnic mogli uniknąć potknięć, szkodliwych dla nas samych, tak jak szkodą jest urażenie stopy o kamień. Chwałą Bożą człowiek – biegnący ku Obietnicy. Prosimy zatem o to, aby żadne potknięcie nie umniejszyło chwały Bożej.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Perspektywy szersze niż najszersze (XI tydzień po Zesłaniu Ducha Świętego)

Kolekta przepisana na ten tydzień w tradycyjnym Mszale Rzymskim znana jest najstarszym źródłom naszego obrządku – została także zachowana przez reformę Pawła VI, dla 27. Niedzieli Zwykłej.
Oracja ta brzmi w oryginale łacińskim następująco:
Omnipotens sempiterne Deus, qui abundantia pietatis tuae, et merita supplicum excedis et vota : effunde super nos misericordiam tuam ; ut dimittas quae conscientia metuit, et adjicias quod oratio non praesumit. Per Dominum.
Co można przetłumaczyć :
Wszechmogący wieczny Boże, który obfitością swej dobroci przewyższasz i zasługi, i pragnienia błagających : wylej na nas Twoje miłosierdzie – abyś odpuścił to, czego lęka się sumienie, i dodał to, czego modlitwa nie ośmiela się wyrazić. Przez Pana.

Modlitwa ta zaczyna się od jednej z najczęściej stosowanych w rycie rzymskim apostrof: Omnipotens sempiterne Deus. Błaganie nie jest miejscem, w którym próbuje się opisywać „istotę” Boga – dając Mu do zrozumienia, jak daleko już weszliśmy w głąb Jego Tajemnicy. W błaganiu przywołuje się czasami to, co bardzo łączy – a czasami, wręcz przeciwnie, to, co bardzo mocno odróżnia. Tym razem chodzi o to drugie: proszący człowiek lub błagający Kościół sięga po jedną z tych cech, które Tego Który Jest objawiają nam jako Świętego, czyli właśnie tak różnego od nas, od wszelkiego stworzenia. Nazywając Boga wszechmogącym i wiecznym, modlitwa przypomina równocześnie o ograniczonej sile stworzenia (wręcz o jego bez-sile) i o jego czasowości (wręcz o chwilowości). Wszechmoc i wieczność karmią nadzieję, czyli motyw każdej prośby, w tym modlitwy: prosimy Tego, który może wszystko – i to bez zmian, zawsze.

Następująca po owym bardzo klasycznym wezwaniu „doktryna” naszej kolekty jest wyjęta z samego centrum chrześcijańskiego poznania Łaski.

Wiele atramentu popłynęło przez wieki na temat granic naszego poznania Boga – wokół słynnego zdania Pseudo-Dionizego, że o Bogu raczej wiemy kim nie jest niż kim jest (co św. Tomasz wraz z Ojcami przetwarzał w zdanie, że wiemy że Bóg jest – a nie kim jest; a więc że znamy byt-istnienie Boga, a nie Jego istotę). Tymczasem nasza kolekta podchodzi do tego od innej strony: zanim bowiem Boga zaczęły opisywać traktaty metafizyków i scholastyków, będące tak bardzo dłużnikami imienia Jahwe, opisywały Go po swojemu prośby ku Niemu kierowane.

Prośby opisują Boga na sposób praktyczny, w świetle nadziei – i z poczuciem własnej słabości. Z tej perspektywy Boga nazywa się Miłosierdziem. I nagle widzimy zjawisko podobne do tego znanego nam z prób teoretycznego ujęcia Boga: gdy chcemy „dostosować się” do ogromu Bożej dobroci swoimi zasługami, natychmiast odczuwamy dysproporcję; jest ona jednak jeszcze głębsza – gdyż przekracza nie tylko, w czym nic dziwnego, nasz moralny „profil” (który tworzą pozytywnie nasze zasługi), lecz i – nasze pragnienia!

Bardzo błądzą, naturalizują tajemnicę chrześcijaństwa ci, którzy ujmują Bożą łaskę jako jedynie „zaspokojenie” ludzkich pragnień. Boża dobroć wyprzedza nasze pragnienia – i niebotycznie je przewyższa. Choć i w ludzkich pragnieniach jest intuicja, że naprawdę uszczęśliwiające dobro musi być nieskończone.

Nasza kolekta opowiada bezbłędnie o Łasce. A w drugiej, wprost błagalnej swojej części w przejmujący sposób odkrywa dwie częste trudności naszego życia duchowego. Bywa ono bowiem krępowane niejako od zewnątrz, siłą narośli grzechów – gdy „sumienie lęka się”, a człowiek dręczy się, że „nie zdoła” wybrnąć ze swoich ślepych uliczek. Prosimy więc, by Łaska zastukała do nas po odpędzeniu prześladowczego oblężenia złych myśli. Bywa jednak i tak, że punkt trudności przesuwa się głęboko do wnętrza człowieka – do tego stopnia, że wygaszony zostaje sam instynkt wielkości, nadany człowiekowi przez Boga już w samym stworzeniu. To smutny moment, i nie tak rzadki: gdy człowiek nie ma już nawet odwagi prosić o coś wielkiego, naprawdę, po ludzku „królewskiego”, a ogranicza się do samych małych „szczęść”. Prosimy więc w kolekcie, aby Boże miłosierdzie „dodało” to, czego nawet modlitwa nie ośmiela się wyrazić.

Można też te ostatnie słowa rozumieć inaczej – nie w związku z przypadkiem wspomnianego „stłamszenia” wewnętrznego, lecz w kontekście odruchu pokory. Mowa wtedy o pięknym geście zaufania: już nawet nie będę się domyślał, co możesz i chcesz mi dać; co chcesz, to daj. Wszechmogący, wieczny Boże.