poniedziałek, 13 października 2008

Zemsta Prowincjała

Dzisiaj ktoś mi relacjonował, że w czasie uroczystej inauguracji w Papieskim Wydziale Teologicznym "Bobolanum" prowincjał jezuitów o. dr Dariusz Kowalczyk zajął się moją osobą, w swym wykładzie inauguracyjnym "Jezuici a Kościół".

Jeśli to prawda, co mi mówiono, to jest to już kolejna publiczna wypowiedź o. Kowalczyka a propos moich krytycznych opinii o obecnym stanie kościelności Towarzystwa Jezusowego: najpierw wpisał mi się do bloga, potem pisał też o mnie w felietonie w "W drodze", teraz wykład inauguracyjny Bobolanum... Miesiące mijają, a nie schodzę z myśli Ojca Prowincjała: wciąż jestem zagrożeniem dla dobrego imienia tego doskonale się mającego zakonu!

Mówiąc szczerze, miałem wrażenie, że te żale mogłyby trochę osłabnąć po moim blogowym wpisie podsumowującym Kongregację Generalną SJ: o ile mnie pamięć nie myli, przyjąłem tam postawę bona fides względem uczynionych w Radiu Watykańskim zapowiedzi o. Kowalczyka, że po audiencji u Benedykta XVI jezuici się na nowo zintegrowali w sentire cum Papa. Mnie się tamten wywiad na tyle spodobał, że postanowiłęm zawiesić swoje zastrzeżenia dotyczące świeżej przeszłości. No ale o. Kowalczyk żyje nadal wpisem blogowym nieco wcześniejszym. Wciąż go przetrawia.

Teraz więc Ojciec Prowincjał postanowił sobie trochę pożartować ze mnie, przypisując mi różne absurdalne motywy i poglądy, że sala miała uciechę - jak to na wykładzie inauguracyjnym wydziału teologicznego. Sam nigdy nie uprawiam konferansjerki na swych zajęciach uniwersyteckich - ale wiem, że niektórzy nie mogą się przed tym pohamować. Człowiek musi zrozumieć człowieka.

I tylko dziwi mnie jedno: że wciąż uganiając się za drzazgami moich felietonowych wypowiedzi sprzed miesięcy, Ojciec Prowincjał nie potyka się np. o te świeżutkie jak bułeczki wypowiedzi prasowe swoich współbraci (tak, już po ślubie szczególnego posłuszeństwa papieżowi), w których dystansują się od uroczystego nauczania Kościoła choćby w sprawie antykoncepcji, że o teologii pluralizmu religijnego już nie wspomnę. A może warto byłoby, tak zdzierając gardło w obronie "dobrego imienia jezuitów", zadbać o to dobre imię rzeczywiście - np. podyskutować teologicznie i publicznie ze swoim współbratem o. Prusakiem, gdy głosi, że antykoncepcja niejednemu pomaga? Chyba że Ojciec Prowincjał też tego zdania - wtedy dyskusja byłaby dość jałowa, to prawda...

Smutny znak naszych czasów: muskuły prężą się gdy chodzi o korporacyjną dumę - a kompletnie wiotczeją gdy chodzi o doktrynę. A więc jak to jest: o Towarzystwo chodzi - czy o to, co Jezusowe?

niedziela, 12 października 2008

Pocieszenia łódzkie

Odwiedziłem wczoraj Łódź - po dobrych paru latach przerwy. Przyjąłem zaproszenie do panelu "Dziennikarze o Janie Pawle II" - i przy stole panelowym byłem jedynym niezbyt-dziennikarzem (bo bywam publicystą, ale nigdy w żadnym wielkim medium nie pracowałem i z żadnym nie jestem w stałych koneksjach). Obok siedzieli: prowadzący Marek Zając, i współuczestnicy: ks. Adam Boniecki i ks. Kazimierz Sowa - widać więc, że organizatorzy pomyśleli o mnie jako o "altera pars".

To spotkanie uważam za początek ciekawej rozmowy - którą zainicjował red. Zając: o fragmentaryczności medialnego przekazu o Janie Pawle II i o tym, jak dziedzictwo janowopawłowe będzie naturalnie filtrowane przez bieg życia i kolejne rekonstrukcje pamięci. Zaczęło się od przypomnienia przez Marka Zająca atmosfery w dniach śmierci... Sługi Bożego Piusa XII. Czy ktoś pamięta jeszcze dzisiaj, jak wielki i spontaniczny był odruch smutku i żałoby po tym papieżu? Aż trudno w to uwierzyć, że po latach mamy "kontrowersyjnego papieża" lub wręcz "papieża Hitlera"! A więc jak to będzie po latach z podziwianym dziś powszechnie Janem Pawłem II?

Mówiłem m.in., że oczywiście w interpretacji pontyfikatu JP2 zaznaczyła się mocno stronniczość komentatorów - ale wszystkiego bym na media nie zrzucał. Tzw. "gesty profetyczne" Papieża (Asyż, Synagoga rzymska...) to są wydarzenia, w których interpretacji od początku był wielki margines dowolności: od rozpoznania tego w kategoriach ortodoksji - do wizji odlatujących zupełnie poza naukę Kościoła, poza Ewangelię. Myślę, że czasami nawet najlepsza wola dziennikarska nie wystarczyła, by zrozumieć dokładnie i przekazać wiernie. Ktoś mi potem podpowiadał, że np. dla muzułmanów ucałowanie Koranu przez JP2 było gestem jednoznacznego uznania świętości tej księgi - a my wiemy skądinąd, z tekstów Papieża, że był to co najwyżej gest jakiejś wylewnej życzliwości do ludzi, z którymi się spotkał. Jak widać, intencje komunikatu nie zawsze dawały się łatwo uchwycić.

Ks. Boniecki opowiadał bardzo ciekawie o zmieniającej się przez lata atmosferze wśród dziennikarzy w Rzymie. Ja miałem chwilami wrażenie, że naczelny "Tygodnika Powszechnego" mówił tym razem jakoś tak bardziej... hmmm... konserwatywnie. W końcu uznałem, że to tylko takie moje "przesłyszenie" - ale po wszystkim znalazłem się przez chwilę w kręgu publiczności, i pewna pani przy akceptacji reszty towarzystwa rzekła po prostu: "Byliście przy stole bardzo zgodni... ale to chyba dlatego, że Ksiądz Adam jakby na inną nutę nadawał niż kiedyś". Ho, ho - pomyślałem - tempora mutantur et nos mutamur in illis!

Inna pani podeszła po prostu po to, by rzec słówko o nadawanym przez TVP Historia programie o lefebvrystach (o tym, w którym Robert Tekieli rozmawia z o. Salijem i ze mną). Powiedziała, że wiele się z tego programu dowiedziała o całej sprawie, a podany w trakcie rozmowy film z wypowiedziami księży z Econe podsunął jej myśl, że "być może ich gorliwość nie mogła się pomieścić na tle desakralizacji Kościoła na Zachodzie". Odpowiedziałem, że jeśli chodzi o Amerykę czy np. Niemcy trudno byłoby mi w jakikolwiek sposób osądzać ludzi, którzy lgnęli do Bractwa Św. Piusa X (nawet po katastrofie 1988). Bo tak jest: nie mam w sobie siły moralizatora perorującego o posłuszeństwie ludziom, którzy nie mieli czasami żadnej przyzwoicie odprawianej Mszy w diecezjalnym pobliżu. Inna sprawa to imperatyw zakończenia tego gorszącego rozłamu.

W końcu jeszcze jedno pocieszenie: przy kolacyjnym stole wypłynęła nagle sprawa Mszy "trydenckiej". Łodzianie mają już coniedzielną "starą Mszę": u św. Józefa, o 15,00. Mija właśnie dziesięć lat, jak byłem w tej sprawie u abp. Ziółka, który zresztą obiecywał załatwienie tej prośby pozytywnie... Wiele wody w Łódce upłynęło, wielu ludzi się tam starało - ale Msza nareszcie jest. Deo gratias!

środa, 8 października 2008

BIBLIO: biogramy średniowiecznych filozofów

Ukazał się właśnie tom 9 (ostatni) Powszechnej Encyklopedii Filozofii wydawanej przez Polskie Towarzystwo Tomasza z Akwinu. Są tam dwa biogramy przygotowane przeze mnie:

Johannes Sharpe

Szymon z Faversham

Niezbyt wielkie figury, ale praca przy tym była interesująca.

MEMO: Moja "pierwsza" Msza


Postanowiłem sobie przypomnieć różne Msze, w których uczestniczyłem i które z jakichś powodów zapamiętałem mocniej od innych. Zacznę od pierwszej jaką w ogóle pamiętam taką zwykłą pamięcią, nie poddawaną różnym technikom "odtwarzania danych".

Musiało to być jakoś na samym początku lat 70. (bo chyba jednak nie wcześniej, choć to też byłoby możliwe: w 1970 kończyłem 4 lata). Wtedy Babcia chodziła codziennie na Mszę - pamiętam, że byłem z nią przynajmniej ten jeden raz.

Weszliśmy do Świętego Krzyża: we wnętrzu panował półmrok i kompletna cisza. Nawa zrobiła na mnie wielkie wrażenie - przestrzenna, długa, a równocześnie pełna czegoś, co dotarło do mnie jako poczucie, że jestem w miejscu świętym. Nie, nie było to "przyjemne miejsce" - właściwie to było pozbawione wszelkich łatwo konsumowalnych atrakcji, więc nie było szans, bym się tam nie zaczął szybko nudzić. A jednak pamiętam to do dziś - utkwiło jako kontemplacyjne świadectwo: w ławkach trochę ludzi, głównie starsze panie. Moja Babcia kiwa głową jakiejś swojej znajomej, wyciąga jak tamta różaniec i zaczyna ciche modły. Ja rozglądam się w poszukiwaniu czegoś, co będzie się "działo"... Daleko, daleko przed nami jest Coś Ważnego, tak zrozumiałem. W pamięci nie zostały żadne słowa objaśnień Babci - tylko jakaś niema "przebitka", gdy pokazuje mi na to coś daleko. Zrozumiałem, że chodzi o wielki obraz z Krzyżem. Patrzę i usiłuję to wszystko połączyć: i ciszę, i klęczenie ludzi, i półmrok, i zapach - i ten obraz daleko tam, którego treść musi być większa niż pojmuję, skoro jest tam Coś Ważnego, z powodu którego jesteśmy tutaj.



Więcej już nic a nic, nawet powrotu do domu nie pamiętam. Czy to mało? To wspomnienie to jak żywy obraz, którym dzisiejsi liturgiści straszą biedne, posoborowe dzieci. "Liturgia jako antyteza wspólnoty". "Babki odmawiające różaniec i ksiądz odprawiający zupełnie sam"...

Hmm. Mówcie co chcecie, ja swoje wiem.

poniedziałek, 6 października 2008

BIBLIO: o sprawie o. Hryniewicza

Również w ramach uzupełniania zaległości: w rzepowym "Plusie minusie" ukazał się tekst pt.


Jest to trochę skrócona wersja - a wersja pełna, z przypisami, pójdzie w kolejnej "Christianitas".

BIBLIO: O bohaterstwie jako wymagającej normie

Uzupełniam zaległości w tutejszej mojej bibliografii ciągłej. W "Przewodniku Katolickim" nr 37/2008 ukazał się mój felieton:

Zachować się jak trzeba

Krótkie rozważanie o tym, jak z bohaterstwa można zrobić niebotyczny ideał - gdy u samych bohaterów jest ono czymś naturalnym.

niedziela, 5 października 2008

Bywanie tu i tam


Zdaje się, że w TVP Historia zaczęły się pokazywać odcinki serii programów, które Robert Tekieli postanowił poświęcić okolicom Vaticanum II. Zostałem do tego przez Roberta "zwerbowany", i dwukrotnie wystąpiłem jako dyskutant, w deblu z ojcem Jackiem Salijem. Zaproszenia do takich programów mają taki urok, że czasami jak się przychodzi na miejsce, to np. dowiadujesz się, że zamiast dajmy na to o liturgii czy ekumenizmie, będzie się rozmawiało o lefebvrystach (kiedyś w TVNie, dawno dawno temu zostałem zaproszony z okazji rocznicy ostatniego Soboru - ale rozmowa zaczęła się od pytania do mnie o komentarz w sprawie Radia Maryja). 

No i w jednym z odcinków rzeczywiście rozmawialiśmy - we wspomnianym trybie - o lefebvrystach. Ani o. Jacek, ani ja nie jesteśmy z tej "parafii" - ale w końcu wyszło dość naturalnie, że ja ich jednak broniłem, a mój szanowny Rozmówca z zaangażowaniem referował zarzuty. Sytuacja jednak dość zawiła, bo ja od lat jestem dla niektórych posoborowców właśnie "lefebvrystą" wyłącznie z powodu powtarzania diagnoz kard. Ratzingera - a z kolei dla oryginalnych lefebvrystów to jestem raczej "jako poganin i celnik" (też z powodu powtarzania diagnoz kard. Ratzingera, "głównego wroga Tradycji"). 

Swoją drogą, ta moja osobista kondycja skłania mnie czasami do wniosku, że są takie punkty, w których posoborowcy i lefebvryści zgadzają się pięknie i proszą, by im nie przeszkadzać. Np. dobre kilka lat temu kurialny kard. Cassidy, wówczas przewodniczący rady ds. ekumenizmu, wyjaśnił, że z lefebvrystami nie prowadzi się dialogu ekumenicznego, bo to "wewnętrzna sprawa Kościoła katolickiego". Oczywiście oświadczył to m.in. z tą intencją, żeby go nie zmuszano do kontaktowania się z Bractwem, z którym nie miał chęci rozmawiać - ale z drugiej strony to samo Bractwo było dumne, że jakiś kurialny kardynał uznał ich za "wewnętrzną sprawę Kościoła" i oddzielił grubą kreską od ekumenizmu. No i co? I zgoda, doskonała harmonia opinii między kard. Cassidy i Bractwem Św. Piusa X (obie strony jakoś zainteresowane status quo). Jaki efekt? Kard. Cassidy wyjaśnił, dlaczego nikt z ekumenistów palcem nie kiwnął, żeby uleczyć tę ranę i pofatygować się do pokłóconych braci katolików, choćby różaniec z nimi zmówić i np. zakazać nazywania ich "schizmatykami" itp. A z drugiej strony: Bractwo Św. Piusa X mogło na swych folderach napisać, że kard. Cassidy uważa ich za "sprawę wewnętrzną" - i dzięki temu autorytet kard. Cassidy bywał uznawany nawet przez Bractwo Św. Piusa X, które w innych sprawach już tego autorytetu nie szanowało tak bardzo (gdy np. w rozmowach z luteranami kard. C. też uznawał, że już z nimi wspólnie wierzymy w to samo jeśli chodzi o usprawiedliwienie). Byłoby to wszystko zabawne, gdyby nie chodziło o potłuczony Kościół.

Zacząłem od programów w TVP Historia - ale kilka tygodni temu nagrywałem też coś dla religia.tv. Co prawda miało być po prostu o Mszy "trydenckiej" i reformie liturgii - ale jak już przyszedłem, to się dowiedziałem, że to, co powiem, ukaże się w programie o... lefebvrystach. Podobno jednak w tym programie będzie jakiś rzeczywisty lefebvrysta. Kamień mi spadł z serca. Ale film ze Mszy to będzie ze św. Benona. I jedna pani mi wyjaśniła: "chcemy pokazać, że w Kościele mogą być także katolicy, którzy co prawda mają takie podejście jak lefebvryści, ale w zgodzie z Kościołem". Hmmm, czy jesteśmy gdzieś około 1988 roku? - tak sobie pomyślałem.