poniedziałek, 31 stycznia 2011

Zgubiona perła "kruchości"


Od dzisiejszej, Czwartej Niedzieli po Objawieniu otrzymujemy na cały tydzień w podarunku kolektę, będącą w bardzo szczególny sposób świadectwem realizmu walki duchowej. Spróbujmy ją przeczytać jako punkty do rozmyślania.
Punkt pierwszy: stwierdzenie o naszej kondycji: "z powodu ludzkiej kruchości nie możemy się ostać, ustawieni pośród tak wielu niebezpieczeństw". "nos in tantis periculis constitutos, ... fragilitate non posse subsistere".
Zagrożenia zewnętrzne są groźne dlatego, że słabość jest już w nas. Żadnych złudzeń co do "pelagiańskiej" doskonałości własnymi siłami. Adam już wie, że jest nagi...
Punkt drugi: stwierdzenie pierwotnej, wyprzedzającej naszą modlitwę, świadomej wszystkiego Obecności: "Boże, Ty wiesz..." "Deus, qui ... scis".
Nie przychodzimy do Boga z nowymi dla Niego wiadomościami, dlatego nie trzeba wielu słów o naszej nędzy - te kilka dobitnych wystarczy. Natomiast to, że "Ty wiesz", jest pierwszą pociechą - bo jest też pierwszą łaską.
Punkt trzeci: prośba "o co": "daj nam zdrowie/moc ducha i ciała" "da nobis salutem mentis et corporis".
Pomoc Boża nie ma polegać na wyjęciu z niebezpieczeństw, a nawet niekoniecznie na dogłębnym zaniku naszej "kruchości" - a jednak nie jest też "przymknięciem oka" z powodu naszej ufności w Bogu. Prosimy o uzdrowienie. Ma ono dotknąć równocześnie duszy i ciała, ponieważ nasza kruchość zawsze obejmuje oba te obszary łącznie. 
Punkt czwarty: wyjaśnienie "po co": "abyśmy ... pokonali to, co cierpimy za nasze grzechy" "ut ea, quae pro peccatis nostris patimur ... vincamus".
Nie sami, ale - zwycięzcy. Zwycięzcy w cierpieniu, które nie przychodzi znikąd - przychodzi zawsze z grzechów, które są tak czy inaczej nasze. Tylko Jeden niesprawiedliwie cierpiał - "my sprawiedliwie ponosimy karę" (Łk 26, 41).
Punkt piąty: warunek sine qua non: "z Twoją pomocą" "te adiuvante".
Łaska Boża nie tylko wyprzedza. Ona cały czas jest obecna - a zwycięstwo opisane wyżej jest znakiem jej obecności. "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa".

A więc od zranionego Adama do Dobrego Łotra, w życiowym napięciu grzechu i łaski. Harmonia takich starożytnych kolekt, ich nierozdzielne zaplecenie natury i nadprzyrodzoności - nie w sztucznej konstrukcji, lecz w egzystencjalnym świadectwie - jest poruszająca. Takie kolekty są światłem na naszych ścieżkach.
Doprawdy szkoda, że ta starożytna kolekta całkowicie zniknęła z nowego Mszału Rzymskiego. W 4. Niedzielę Zwykłą zastąpiła ją inna modlitwa, także starożytna, a bogata przypomnieniem związku z czci Boga z miłością bliźniego. A jednak coś ważnego zniknęło.

niedziela, 23 stycznia 2011

Insulae multae, radość Archipelagu


Od dzisiaj w kolejne niedziele "po Epifanii", aż do Przedpościa (w tym roku zacznie się 20 lutego), we Mszy "starszej" z niejakim uporem wracają w śpiewach mszalnych te same słowa - a w nich wezwanie: "radujcie się, liczne wyspy", laetentur insulae multae. W introicie i w wersecie przed ewangelią.

Tak to widzę: trzeba umieć przeżywać radość, gdy się jest "licznymi wyspami". W Polsce nie czujemy tego jeszcze tak mocno - czasami wydaje nam się, że ze swym chrześcijaństwem jesteśmy jakby "całą ziemią". Jednak każdy moment-kryterium zdaje się obecnie podpowiadać, że na hardcore słuchania bardziej Boga niż ludzi gotowych jest niewielu. Co prawda jeszcze mniej jest dookoła ludzi, którzy świadomie chcą słuchać bardziej ludzi niż Boga - ale zdecydowanie najliczniejszą grupę stanowią ci, którzy robią to nieświadomie, gotowi nawet do utraty świadomości, jeśli pozwoli to wyłączyć Boga z ich wyborów poza murami świątyni.
Ale w naszym narodzie chrześcijańskim są "liczne wyspy", gdzie jednak chce się Boga na pierwszym miejscu. Nazwałem je kiedyś, z ogromną nadzieją, Archipelagiem.

To dla tych "wysp" przeznaczona jest epistoła, czytany w 3 Niedzielę po Objawieniu fragment z Listu do Rzymian. Zaczyna się słowami: "Nie uważajcie siebie samych za zbyt mądrych..." - a im dalej, tym lepiej, mocniej, na końcu zaś te znane słowa: "Nie daj się zwyciężać złu, ale zło dobrem zwyciężaj".
"Pan króluje, ... radujcie się, liczne wyspy". "Jeśli to możliwe, i o ile od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój zachowujcie" - kolejna perła od świętego Pawła.

Owszem, poganie z tej czy innej partii patrzą na nas jak na orły na uwięzi - a częściej mają nas za zwykłe kury, nie potrafiące odczuwać woli życia i użycia. My zaś w drodze do tego, co nam pokazano "z góry", wlokąc przy tym swe ludzkie ograniczenia, faktycznie wyglądamy dla nich jak w pociesznych rozkrokach: prowadzić wojny, ale tak, żeby "nie oddawać złem za złe", bronić sprawiedliwości, ale tak, żeby "w miarę możności" zachowywać pokój "ze wszystkimi ludźmi"; nie dać  ubliżać prawdzie, ale "nie bronić samych siebie"... Dla jednych to wystarczy, żebyśmy byli dla nich zawsze dezerterami gdy trwa "bój ostatni" - dla innych zaś, przeciwnie, już dawno jesteśmy zbyt "waleczni".

I trzeba wiedzieć, że tak będzie. I że radością "licznych wysp" jest królowanie Boga, a nie panowanie dobrej opinii o nas. "Wszechmogący, wieczny Boże - prosi starożytna kolekta z tej niedzieli - wejrzyj łaskawie na naszą ułomność i wyciągnij w naszej obronie prawicę Twego majestatu". Ułomni sobą, mocni Twoją prawicą.

czwartek, 20 stycznia 2011

"Christianitas" 45-46

Wkroczył gigant:


Z moich rzeczy polecam: duży tekst pt. Kościół, prawica, demony (drobinka ukaże się niedługo w Plusie) - o naszym nieudanym narodowym powstaniu po 10 kwietnia; blok wywiadów rzymskich o reformach Benedykta XVI (wywiady robione razem z Michałem Barcikowskim, który w tym numerze w relacji z naszego pobytu pastiszuje Brezę - "musicie to przeczytać!"); blok materiałów o ewolucji filozofii politycznej Maritaina; teksty około biografii abp. Lefebvre'a wydanej niedawno przez Dębogórę.

Tyle jeśli chodzi o mnie. Natomiast jako moje teksty ulubione polecam: wstępniak Piotra Kaznowskiego o dylematach katolickiej polityczności, ankietę "polityczną" razem z tekstem Marka Jurka o słynnych "wartościach nienegocjowalnych", esej Thibona o postchrześcijańskiej mistyce demokracji (!), esej Tomka Rowińskiego o post- i neokomunizmie oraz zupełnie niezłą prezentację XX-wiecznych teologii politycznych, pióra Francuza Denis Sureau. Jako bonus - solidny fragment studium o tym, jak tuż przed Vaticanum II i w ramach Soboru rozumiano relację Kościoła i państwa: kruszy schematy. Zresztą w ogóle masa różnych rzeczy ciekawych, w końcu to 611 stron.

Pełny spis treści jest tutaj.

Podobno od jutra w empikach. Ale w prenumeracie o niebo taniej.

środa, 5 stycznia 2011

O potrzebie wspólnego szeptu

„Pewne przysłowie mówi: żeby zwyciężyło zło, wystarczy, żeby dobro nie robiło nic. Musimy oprotestować zło. Tych głośnych nie jest wielu, oni tylko głośno krzyczą. Szeptem moglibyśmy ich zagłuszyć, tylko żebyśmy chcieli szeptać” – tak mówił niedawno na spotkaniu otwartym w Przemyślu ks. Marian Rajchel, egzorcysta tamtejszej archidiecezji. Utrafił w sedno! 

Słowa o samobójczej bierności dobra są niesamowicie aktualne w naszym kraju, wciąż katolickim. Są mądre, gdyż odnoszą się właśnie przede wszystkim do nas samych, do naszych zaniedbań, zaniechań, kompromisów. Co prawda o wiele łatwiej byłoby wciąż tylko ostrzegać przed – skądinąd realnymi – wrogami zewnętrznymi ładu moralnego. Prawda jest jednak taka, że nie mieliby oni większych wpływów, gdyby nie bierność tych, którym Bóg dał rozeznanie dobra i zła. 

I nawet nie trzeba krzyczeć – tym bardziej że w krzyku zwykle giną nasze racje, powstaje jedynie przepychanka. Ma rację ks. Rajchel: w naszym kraju wystarczyłoby tylko, „żebyśmy chcieli szeptać” – wszyscy razem, albo przynajmniej ci, którzy widzą, jak się rzeczy mają. 

Ale nie! Widać to było w wyborach – myślę o tych prezydenckich. Wymarzona okazja, żeby w pierwszej turze zagłosować jednoznacznie za kandydatem służącym od lat i państwu polskiemu, i cywilizacji życia, i chrześcijańskiemu powołaniu Polski. Wiadomo było, że rozstrzygająca walka odbędzie się w drugiej turze między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim – więc w pierwszej turze należało im pokazać, że głos katolicki coś znaczy. Wystarczało „zaszeptać”: Polskę katolicką stać było na to, aby chociaż na trzecie miejsce wywindować Marka Jurka – niechby to on, a nie przywódca SLD Grzegorz Napieralski stał się przedmiotem umizgów dwóch najważniejszych kandydatów przed drugą turą! W świetle sondaży było to możliwe, a już całkiem możliwe było podtrzymanie pozycji politycznej byłego marszałka Sejmu – która jest też pozycją naszych wartości w debacie publicznej. 

Państwo pamiętają, że tak się nie stało. Sami do tego dopuściliśmy, że obaj główni kandydaci, którzy mieli zmierzyć się w drugiej turze, nie musieli ani przez moment zabiegać o poparcie wyborców liczących się z nauczaniem moralnym Kościoła: jeden z nich mówił wprost, że ma swoje własne nauczanie, zaś drugi przypominał jedynie, że jest katolikiem. A katolików w naszym kraju nie brak – za to brak polityków traktujących poważnie katolicyzm i jego konsekwencje. 

A przecież wydawało się nam, że robimy tak wiele, uczestniczymy w wielkim zmaganiu, można powiedzieć, że gardła zdzieraliśmy „dla Polski”, powierzając się w całości Jarosławowi Kaczyńskiemu… I pewnie nie było to pozbawione sensu w tej drugiej turze, w konfrontacji z kandydatem, który dziś jako prezydent zaprasza Wojciecha Jaruzelskiego i cenzuruje kazania. 

Dopóki nie będziemy potrafili razem szeptać, będziemy jedynie potrzebni, by przyłączać się do krzyku innych.


wtorek, 4 stycznia 2011

Mój reset

W ramach dodawania różnych zeszłorocznych remanentów uważam za niezbędne napisanie tutaj jasno czegoś co od dawna i czuję, i respektuję, od 10 Kwietnia: straszną katastrofę smoleńską uznałem za zamknięcie osobistego resentymentu wobec Jarosława Kaczyńskiego.

Co prawda mając dobrą pamięć, nie jestem bardzo pamiętliwy, a posiadając świadomość także najgorszych stanów rzeczy, rzadko usprawiedliwiam nimi upuszczanie żółci, jednak naturalnie konfrontacja związana z próbą nowelizowania konstytucji RP, a w podobnym stopniu także sposób traktowania mojego środowiska przez rządzący PiS w 2007 - pozostawiły także osobistą niechęć do JK.

Z tą niechęcią nie miałem zamiaru jakoś specjalnie walczyć, ani jej hodować. Natomiast po 10 Kwietnia postanowiłem po prostu ją wytłumić.

Przychodzi mi to bez wielkiego wysiłku, gdyż w tzw. międzyczasie wygasły już we mnie pozostałości dawnych nadziei, tych z czasów victorii 2005. Gdy zatem odnoszę się dzisiaj do JK jako do człowieka, bez trudu znajduję dla niego nieudawaną sympatię i współczucie - ale to jest dość oczywiste. Natomiast mój reset dotyczy także JK jako przywódcy politycznego: co prawda nadal nie wiążę z jego przywództwem i ugrupowaniem żadnych osobistych "pierwszych wyborów", ale - być może właśnie dlatego - mogę sobie pozwolić na coś w rodzaju zrozumienia.

Nie mam za złe JK, że prowadzi politykę na miarę jego wizji Polski - a przecież przynajmniej do niedawna był mistrzem polityki energicznej, nastawionej - zasadniczo - na suwerenność Polski. Nie mam za złe, że JK próbuje do tej swojej polityki skaptować zarówno elektorat Napieralskiego (w znacznym stopniu nieudane), jak i przekonany elektorat katolicki (jak dotąd udane).

Podobnie, poważam i cenię wielu zwolenników JK - tych, którzy jak prof. Staniszkis są za JK właśnie dlatego, że odpowiada jakoś dokładniej ich światopoglądowi i przekonaniom.

Na pieńku mam jedynie z tymi, którzy dla wiary w JK pożegnali się z racjonalną, umiejącą liczyć i ryzykować polityką katolicką, solidarną ze swoimi wartościami w dobrej i złej doli. Z tymi, którzy uczą innych katolików, że sprawa chrześcijańskiej cywilizacji życia to jakieś wisienki na torcie, a elektorat chrześcijańsko-konserwatywny powinien siebie sam traktować jako "pannę brzydką i bez posagu". Nie nazywam tych ludzi zdrajcami, za to nazwa, którą bym im nadał, brzmi tylko trochę lepiej - lepiej dla ich sumienia, nienajlepiej dla ich pojętności.

Ale to przecież nie wina Jarosława Kaczyńskiego. Więc mój reset działa.

niedziela, 2 stycznia 2011

Wyrok na "Warto rozmawiać"

A jednak to się stanie: "Warto Rozmawiać" ma zniknąć z ramówki TVP.

Gdyby ten program umierał śmiercią naturalną, powiedziałbym: łza się w oku kręci. Ale że umiera dobijany przez partyjnych "specjalistów od mas", powiem raczej, że pięści mi się zaciskają z gniewu.



WR wystartowało w Telewizji Puls - ta sama formuła, ale pod inną nazwą (chyba "Studio Otwarte"?) - jakoś po 2000 roku. Jednak swoje wielkie dni program miał po przeprowadzce do TVP w 2004. Występowałem w pierwszej edycji, poświęconej "Pasji" Mela Gibsona - następnego dnia podchodzili do mnie nieznani ludzie na ulicy w Warszawie i nawiązywali rozmowę o tym programie (dla mnie było to zaskoczenie, ale w tym nic dziwnego nie było: program oglądało ok. 1 mln widzów!). Formuła WR okazała się cudownie i odkrywczo prosta: w tej pierwszej fazie swego istnienia program miał dużo czasu (o ile pamiętam, to chyba ponad godzinę), po to, by nic nie przeszkadzało dogłębnemu przedyskutowaniu istotnych zagadnień - a czas się nie dłużył dlatego, że od początku dbano o bardzo zróżnicowany zestaw gości, niekiedy naprawdę licznych.

Znakiem rozpoznawczym cały czas był Janek Pospieszalski. Trzeba jednak pamiętać, że tak jak nie było WR bez twarzy Janka i jego temperamentu, tak nie byłby on tym czym był bez Pawła Nowackiego, wielkiej i mało znanej figury telewizyjnej publicystyki, swoją drogą jednego z ostatnich wolnych ludzi w naszym kraju. Bez pomniejszania zasług Janka, niewątpliwie to Paweł był głównym architektem koncepcji WR. W pierwszych latach czuć też było dobrze "to coś", co do programu wnosił jeszcze jeden jego ówczesny twórca, Piotr Semka - myślę, że zawdzięczaliśmy mu m.in. tę zdolność pójścia "po bandzie", która jest tak ważna dla wciągającej debaty "gadających głów".

Przez "Warto Rozmawiać" przewinęło się mnóstwo znanych osób - a niektóre stawały się znane dzięki WR, często z dużą korzyścią dla polskiej debaty. Można powiedzieć, że był taki czas - zwłaszcza wtedy gdy program miał swój "długi oddech", bez nadmiernego pośpiechu - kiedy było to miejsce, gdzie naprawdę można było rozmawiać, dopowiedzieć do końca to, co w innych miejscach można było tylko zaznaczyć jedynie hasłami. To był wielki i powszechnie uznawany walor: zaproszeni goście nie czuli się poganiani, czuli, że zaproszono ich nie jako paprotki, lecz aby mogli mówić.

Może już mało kto pamięta tamten czas. Ja pamiętam, i sądzę, że co by nie powiedzieć o zaangażowanym stylu WR w różnych latach, jest niekwestionowanym faktem, iż to w programie Pospieszalskiego była  przez długi czas rzeczywista oaza pluralizmu. Bez trudu można było widzieć, jak WR wytwarza nawet w złych czasach jakiś standard całkowicie różny od dominującego stylu reżyserowanych przedstawień medialnych. Długo nie było takiego innego takiego programu, w którym gości dobierano nie według wygody "słusznej opcji", lecz według tego, kto ma coś istotnego do powiedzenia w danej sprawie.

Zakres poruszanych tematów był naprawdę szeroki, twórcy WR nie bali się błyskawicznego reagowania na wydarzenia - polityczne, kulturalne, społeczne, religijne...

Styl Janka... Przez lata był przedmiotem sporów. Pamiętam, jak iluś tam parlamentarzystów SLD chciało zamknięcia programu, bo Pospieszalski w którymś odcinku zakończył - chyba zresztą z rozpędu - słowami: "Zostańcie z Bogiem!". Pamiętam jakieś wściekłości feministek, ale i scenę gdy Janek odczytuje wysłany do niego przypadkiem "tajny" e-mail, w którym feministki zdradzały swe dość wstydliwe przygotowania do udziału w programie... No tak, co by nie mówić, Janek wnosił do "plastikowego" świata życie i autentyczność. Mógł być przerażający głównie dla tych, którzy boją się ludzi niesterowalnych, zdolnych do zadania na wizji naprawdę trudnych pytań. A co do jego "stronniczości"? Ja bym powiedział, że to była po prostu osobista wyrazistość, mieszcząca się w konwencji programu. Tak zupełnie szczerze powiem, że jako uczestnik dość wielu WR miałem wielokrotnie wrażenie, że Janek na o wiele więcej pozwalał gościom z opcji sobie przeciwnej - w końcu to z nimi dyskutował - niż np. ludziom takim jak ja, a więc o zbliżonych poglądach. Wyglądało na to, że Janek do ludzi sobie bliższych miał większą śmiałość - łatwiej im przerywał - zaś osobom z "drugiej strony" dawał mówić więcej.

Moje osobiste wspomnienia związane z "Warto Rozmawiać" pochodzą głównie z lat 2004 i 2005 - a ponieważ były to lata pełne przełomowych wydarzeń, kojarzą mi się one m.in. z toczonymi "u Janka" dysputami. Po roku 2006 moje obecności w WR właściwie zanikły, więc zależnie od stopnia zainteresowania obserwowałem nowe postacie programu jako widz telewizyjny.

"Kłopotem" WR było często to, że chciało ono zdawać sprawę z rzeczywistych punktów widzenia obecnych w toczonych publicznie sporach, bez wykluczania kogoś z góry. Prowadziło to do sytuacji, że różne wyleniałe kocury telewizyjnych debat, przyzwyczajone do "braku przeciągów", musiały w WR poczuć smak prawdziwych sporów. Dla niektórych było to doświadczenie niezwykle traumatyczne - nie dziwię się, że czuli się nieswojo.

W końcu... nie chcę oczywiście z twórców WR robić tutaj bezbłędnych aniołów. Owszem, zaliczali różne wpadki - ale nie sądzę, by akurat te, o które byli oskarżani. Moim skromnym zdaniem program miał swój czas jakiegoś wypalenia, miałem wrażenie, że wyraźnie stracił nerw i tempo gdzieś ok. 2006-07 - ale potem znowu nieraz wracał do pozycji lidera.

Właściwie dziwię się, że TVP chce się pozbywać tego mocnego punktu swojej ramówki. Ale dziwić się nie ma czemu: obecni rządcy TVP po prostu pamiętają, jaką rolę taki program może odegrać - i w istocie w niektórych momentach odgrywał. Zabezpieczają się na wszelki wypadek.

A coś takiego jak firma, rozpoznawalność, oglądalność? No cóż... Zdarzyło się, że w słynnym tygodniu żałoby po 10 kwietnia publicystyką w TVP1 zarządzał jeden z twórców WR, Paweł Nowacki. To jemu zawdzięczamy, że TVP1 w tamtych dniach zamiast drętwej mowy lub sztucznych emocji dostarczała nam motywów zadumy i refleksji, obrazów republikańskiego poruszenia, głosów prawdziwych znaków zapytania. Dzięki temu biła rekordy oglądalności - lecz mimo to Pawła usunięto ze stanowiska, został zwolniony przez "pisowskiego" prezesa... Teraz WR jest likwidowany przez nowych zarządców, którzy wzięli się z sojuszu PO i SLD.

I taka to jest smutna historia mediów publicznych w ostatnich latach: PiS czy PO... i tak gdzieś z tyłu wyłoni się jakiś "fachowiec" z czasów PRL lub Czarzastego, i to on okaże się gospodarzem lub życzliwym doradcą, ważnym dla ucha kolegi z PiS lub PO...

Szkoda "Warto Rozmawiać". Janku, Pawle, Maćku - dziękuję! I mam nadzieję, że coś niedługo znowu spłatacie, na złość cenzorom. Keep smiling!

czwartek, 30 grudnia 2010

Mój rok 2010

1. Rok temu, 29 grudnia 2009 wezwano mnie dość nagle, wieczorem do wciąż świątecznie opustoszałego gmachu Polskiego Radia - gdzie członek Zarządu PR (padło na tego "pisowskiego") wręczył mi uchwałę o zwolnieniu mnie z funkcji dyrektora Programu Drugiego. Moment zwolnienia z zasady nie jest przyjemny - tak mi go opisywali koledzy z PR1 i PR4, "czyszczeni" wcześniej przez ówczesny "pisolew", ale tak zupełnie szczerze - dla mnie była to jedna ze szczęśliwszych chwil w życiu: odchodziłem z funkcji, która nigdy nie dała tego, co zdawała się obiecywać rok wcześniej. Dwa miesiące po nominacji utraciłem niemal równocześnie wsparcie Zarządu (wystarczyło odejście Bogdana Kiernickiego, i natychmiast szala przechyliła się ku prezesowi z Samoobrony) oraz wszelkie nadzieje na jaki taki budżet - a więc stało się dla mnie jasne, że swoje projekty nowych pozycji programowych mógłbym realizować w zasadzie jedynie na rachunek szybko topniejących środków przeznaczonych na znane i uznane składniki oferty Dwójki, wzbudzając tym nie tylko uzasadnione pretensje, ale i naprawdę naruszając zasady sprawiedliwości. O innych okolicznościach ograniczających nawet te wąskie ramy nie ma co tu pisać, są zanadto związane z sytuacją wewnętrzną Programu. W każdym razie poczułem się jak człowiek, który został wezwany, by przebudowywać dom, a na miejscu zastał płomienie i dzwonki wzywające do gaszenia pożaru: z jednej strony już na wiosnę wiedziałem dobrze, że nie mam ruchu - z drugiej, mówiono mi, że ostatnią rzeczą, której w niepewnej sytuacji potrzebuje Program, jest moje odejście. Postanowiłem więc zostać, także z myślą, że albo wcześniej odejdzie nieprzychylny mi prezes, albo przeciwnie, tenże zwolni mnie sam. Tymczasem dbałem o to, by wśród naszych audycji były i te o Waugh, Raspail'u, Liebercie, Bąku, Małaczewskim, "powieściowej publicystyce" Wildsteina i Ziemkiewicza, by był co tydzień chorał w prezentacji Bornusa, czasami ciekawe rozmowy o filozofii, nagrania dobrych interpretacji polskiego śpiewu tradycyjnego... Sytuacja wyjaśniła się - negatywnie - na jesieni, kiedy po porozumieniu PiS-SLD władzę w Radiu objął człowiek SLD: nie chciałem z nim podjąć gry, dałem na piśmie sygnał, że współpracy na jego warunkach sobie nie wyobrażam... I w końcu 29 grudnia przyszedł spodziewany ruch drugiej strony, a potem jeszcze jedna egzekucja - spodziewana przeze mnie, a zaskakująca dla innych - w postaci zwolnienia mnie w ogóle z radia, w trybie najszybszym z możliwych.

W ten sposób na progu RP 2010 zostałem człowiekiem luźnym: w ciągu jednego roku pożegnała się ze mną moja uczelnia (motywując to tym, że jestem dyrektorem w radiu...) oraz radio (otrzymałem z kadr świadectwo, że jestem "nieprzydatny dla radia"...). Ujmując rzecz elegancko: zostałem freelancerem. :)

2. Zgodnie z moim solennym postanowieniem nie wróciłem do kierowania "Christianitas": nie tylko z tego powodu, że byłoby to moim zdaniem nieuczciwe względem Piotra Kaznowskiego, któremu tę funkcję przekazałem idąc do Dwójki - ale zwłaszcza dlatego, że w nim i kierowanym przez niego zespole młodszych redaktorów widzę prawdziwy rozwojowy potencjał dla pisma, a nie ma innego sposobu, by go rozwinąć, niż postawić wobec dość trudnego realu odpowiedzialności za pracę redakcyjną. Dlatego nie wróciłem na fotel naczelnego. Jest mi z tym bardzo dobrze, że pismo tworzy teraz zespół, z którym się świetnie rozumiem, a który ma mnóstwo nowych pomysłów (co widać po numerze o melancholii i co będzie widać po numerze o polityce). Mój następca mówi mi, że punkt siedzenia zmienił punkt widzenia: inaczej myśli się o piśmie, gdy się kieruje jego sterami. To dobrze.

Najbardziej cieszę się z tego, że udało się nam w "Christianitas" uniknąć sytuacji, które miały miejsce w innych podobnych środowiskach. Jest taki moment, w którym w piśmie trzeba się zdecydować na ryzyko nowego życia, zamiast inaugurować formułę zamkniętego pokolenia. Ta decyzja musi być poważna i trwała i nie może polegać jedynie na kooptowaniu wybranych młodych ludzi do własnego towarzystwa. Oczywiście ryzyko to ryzyko, zwłaszcza kiedy nowy zespół nie powstaje w warunkach typowej redakcji, lecz raczej w klimatach "partyzantki prawdy". Zawsze się ryzykuje, że coś zadziała, a coś nie zadziała. W naszym przypadku widać już dobrze, co zadziałało: są nowe inspiracje, nowa jakość treści i formy, nowe punkty widzenia dobrze łączące nasze zasady, z którymi startowaliśmy i byliśmy przez lat dziesięć, z narracjami i pytaniami obecnego czasu. W sumie przewiduję, że już w tej chwili pismo zaczyna wyraźnie swój bieg na czoło peletonu w swojej grupie.

3. Jak na wszystkich, zwalił się i na mnie 10 kwietnia. Gdy szedłem przez rynek w Brwinowie, śpiesząc wygłosić wykład o "zagubionej nadprzyrodzoności", zatrzymał się przy mnie samochód, a jego kierowca powiedział mi przez uchylone okienko o Katastrofie... To dziwne wspomnienie: gdy coś co jest strasznie realne, wydaje się nierealne tylko dlatego, że pruje codzienność... Nagle przestało być ważne, że to Prezydent, z którym moje środowisko prowadziło nie jeden zasadniczy spór ideowo-polityczny - a pozostało jedynie to, że to był MÓJ Prezydent, do czego dodawałem ocenę, że najlepszy z tych w nowej niepodległości.

Bezpośrednio pod wrażeniem Katastrofy napisałem notkę o Prezydencie, przed którym po drugiej stronie zabici oficerowie z Katynia stają na baczność... A jednak uważałem, że poza oczywistymi wyrazami żałoby jako "Christianitas" nie powinniśmy teraz wchodzić w rolę najaktywniejszych żałobników - byłoby to niesmaczne, w sposób oczywisty głos teraz należał przede wszystkim do ludzi "obozu prezydenckiego". Do nich należało ewentualne uruchomienie "resetu", faktycznego odtworzenia naszej dawnej solidarności, ale na prawach odnowionych przez wstrząs - tak jak, z innych powodów, do premiera należał ruch odpowiedzialności za całą sytuację. Ale ruchy te nie zostały wykonane, wszystko płynęło po dawnemu, tylko na innych emocjach.

Napisano w tamtych dniach wiele mądrych rzeczy i sformułowano sporo słusznych postulatów praktycznych. Ze swej strony upomniałem się o jedną drobną rzecz: proponowałem publicznie, aby po głównej Mszy niedzielnej odmawiane były odtąd modlitwy za Rzeczpospolitą i Prezydenta RP, zarzucone za czasów PRLu. Mam wrażenie, że nikogo to nie zainteresowało, w każdym razie nikt tego nie podjął mimo rozpropagowania pomysłu przez przyjazne media. Nie czuję się urażony, ale pamiętam, że ta obojętność wielu zaaferowanych ludzi była dla mnie jakimś pierwszym znakiem, że to poruszenie nie idzie w stronę rekonstruowania instytucji, takich mocno duchowych i takich mocno materialnych też.

Moją ocenę dalszych wydarzeń politycznych zawarłem w obszernym tekście, który ukaże się za jakieś dwa tygodnie w najnowszym numerze "Christianitas" - a nie będę próbował powtarzać tego tutaj. Napiszę tylko tyle, że to "kolejne nieudane powstanie" (tak nazywam ruch narodowy po 10 Kwietnia) było także jakimś końcem zjawiska, które gdzieś około 2004 roku zacząłem nazywać "archipelagiem ortodoksji radykalnej". To nie znaczy, że w tym miejscu jest obecnie lej po bombie: w dalszym ciągu obecne są, a nawet jeszcze bardziej aktywne i rozbudowane środowiska młodej katolickiej inteligencji, które miałem na myśli. Zmiana polega na tym, że rozwiała się nadzieja, iż będą one stanowiły katolicką opinię polityczną, tkankę liderów opinii zdolnych do tworzenia w debacie publicznej wspólnego nacisku na siły polityczne w stronę chrystianizacji ich agendy. W sumie stało się coś innego: politycznie ogół tych środowisk oddał się całkowicie PiSowi, często co prawda nie z entuzjazmu, lecz na zasadzie wyboru "mniejszego zła". Ale nie chodzi o popieranie PiSu, bo w końcu można sobie wyobrazić, że to poparcie będzie połączone z jakimś "lobbowaniem" spraw cywilizacji życia w tej partii. Chodzi jednak o to, że nie powstał ośrodek zachowujący zdolność do samodzielnego, z perspektywy katolickiej, oceniania i programowania życia politycznego. Jeśli zważyć, że poza tym jest "Tygodnik Powszechny", uczący katolików jak się adaptować do liberalizmu, oraz Radio Maryja, uczące katolików jak utożsamiać agendę katolicką z geotermią itp., to naprawdę straciliśmy okazję na jakąś nową jakość. Nawet liczących się liderów katolickich nie udało się przekonać - zupełnie po "kaczyńsku" - że opinia katolicka będzie się liczyła jedynie wtedy, gdy sama będzie szanowała swoją suwerenność. Tej suwerenności nie szanują, więc została im rola "zaplecza intelektualnego" dla PiSu albo PJNu.

A przecież ta suwerenność w niczym nie przeszkadzałaby wykonywaniu innych potrzebnych funkcji (np. upominaniu się o wyjaśnienie Katastrofy lub krytykowaniu PO).

Niedawno trafiłem na nasz list otwarty z 2006 do władz Rzeczypospolitej, wzywający do wpisania do konstytucji zasady ochrony życia od poczęcia. Zastanawiałem się, ilu ludzi podpisałoby ten list obecnie? Niestety niejeden zdążył od tego czasu odpłynąć daleko od tych perspektyw. Oczekiwania się zminimalizowały: w ostatnich wyborach wystarczało już tyle, że Jarosław Kaczyński przypominał, iż jest katolikiem... Za to, że jest katolikiem, ma być popierany przez uspokojonych katolików. Mało.

4. Kończy się ten straszny rok (strasznym nazwał go w swoim podsumowaniu Marek Jurek: straszny jak Sąd jest straszny). Zważono nas i okazaliśmy się zbyt lekcy. Znaki na niebie i na ziemi, które zinterpretowano pospiesznie jako znaki potwierdzenia naszej misji i akceptacji dla naszych ofiar, były moim zdaniem być może trzecim dzwonkiem alarmowym. W 2006 roku Ojciec Święty prosił na polskiej ziemi o wyraźny znak, przykład dla Europy. Zrozumieliśmy to, zdaje się, tak, że "wystarczy być" (wystarczy być Polakiem). Jeśli jednak polega to na powtarzaniu fraz o naszej wielkości, bez wielkich czynów duchowych także w polityce - to na co komu ta sól?

Jonasz postanowił nie iść do Niniwy. A my postawiliśmy na strategię "przeżycia", owszem z dumą. Wystarczy nam przecie zachować "naszą polską tożsamość".

W ofierze, która została od nas wzięta, jest i ostrzeżenie, i wyrównanie. Ale kolonizacji naszej świadomości katolickiej przez zeświecczone rachuby i strategie ten straszny znak nie powstrzymał. Bardzo, bardzo potrzeba nam dzisiaj dziesięciu sprawiedliwych. I przyjęcia krzyża, od którego nie uciekniemy ani do pomnika, ani tym bardziej do zgrywy.

5. Wrócę jeszcze na moment do sprawy osobistej. W tym roku jedną z moich udręk były sytuacje, gdy "Gazeta Wyborcza" publikowała na swoich łamach wyciągnięte z internetu, wyrwane z kontekstów i preparowane cytaty z moich wypowiedzi - czasem tak zgrabnie, żeby skonfliktować mnie z moimi przyjaciółmi i kolegami. Robią to zapewne nie bez złośliwej uciechy i ze złą wolą (gdyż nigdy nie podają tego z moich wypowiedzi, co nie pasuje im do jakiejś manipulacyjnej tezy). Uznałem, że mimo wszystko nie może to spowodować, że nałożę sobie knebel i nie będę pisał tego co myślę. Nakładanie sobie autocenzury przez kogoś kto do stracenia ma zasadniczo tylko poczucie zgodności słów z myślami i czynów z sumieniem, byłoby drogą donikąd. Pozostaję też bez przerwy wierny swej deklaracji złożonej po sprawie "Agaty": nigdy i w żaden sposób nie będę współpracował z mediami Agory, co wyklucza niestety także możliwość polemiki na ich łamach. Oni o tym wiedzą, i sposób w jaki z tego korzystają świadczy jedynie o praktykowanej tam etyce zawodowej dziennikarza.