sobota, 7 marca 2015

Czy myślicie, że tak było tylko kiedyś?

Czytam w Mniszkach siostry Borkowskiej OSB, takie słowa o przełożonej klasztoru benedyktynek w Chełmnie, w roku 1556:

Gertruda ..., inteligentna ale samowolna, przejęła się nauką reformacji i pod jej wpływem prowadziła świadomą politykę stopniowego wyniszczenia klasztoru, rozdając wszelkie jego mienie, a zwłaszcza nie przyjmując nowicjuszek. Jest coś przerażającego w tym częstym wtedy zjawisku nienawiści, z jaką przechodzące na nową wiarę zakonnice starały się zniszczyć własne klasztory.

Tyle cytatu. I tylko dodam, że do tak rządzonego, wymierającego klasztoru Pan Bóg posłał klaryskę (!), która niemal siłą, a na pewno uporem wdarła się do środka i przeciwstawiła samozniszczeniu. W końcu i Gertruda wróciła do Wiary, a do klasztoru zaczęły przychodzić nowe powołania, włącznie z tą młodziutką Mortęską, która miała odnowić całą kongregację.

Tak bywa.

piątek, 6 marca 2015

Piękna pani, stara znajoma

Odnalazłem ją na wystawie malarstwa Olgi Boznańskiej w Muzeum Narodowym. W tłumie portretów różnych pań i panów, dzieci i młodzieży jest i ona: Zofia z Goetzów-Okocimskich Włodkowa. Filozofka, gorliwa, mądra katoliczka. Na portrecie: piękna pani. Z wachlarzem (czyżby japońskim?).



Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Za to słyszałem o niej, przed ćwierć wiekiem: spotkana u trapistów pod Cherbourgiem hrabina Cieńska wtajemniczała mnie m.in. w anegdoty o swej krakowskiej socjecie. Na cześć moich ówczesnych prac przekładowych ze św. Tomasza hrabina opowiedziała o swych bytnościach u Włodków: w pamięci utrwaliła się czcigodna mama koleżanki, Zosi; to ona dała językowi polskiemu pierwsze większe tłumaczenia dzieł Akwinaty: Summa contra gentiles, traktat o Bogu z Sumy Teologii. Zasłużona dama. A jej córka, Zofia (Zosia z opowiadań hrabiny C. i mojego Profesora), to jedna z najwybitniejszych polskich mediewistek.

Po wczorajszym "Króle Learze" w Polskim


Wklejam słowa ukochane:

Then poor Cordelia!
And yet not so; since, I am sure, my love's
More richer than my tongue.




środa, 4 marca 2015

Non omnis putrescam


Myśli człowiek: w proch się obrócę

A kiedy mnie tu nie będzie, nastąpi rozkład. Numer mojej komórki zacznie objaśniać, pewnie głosem porażonym żałobą, o swej nieaktualności - szybko zaktualizują się natomiast bazy danych dzwoniących wydawców telewizyjnych i telemarketerów, zasklepi się telekomunikacyjna rana; znajomi jeszcze przez pewien czas będą błądzić w tę kompozycję cyfr, dotykać blizny. Pustka, nie ma, patetycznie zostawić lub pragmatycznie usunąć z książki kontaktów - oto jest pytanie!

Moje zobowiązania finansowe zaczną wyć z niedokrwienia - zwłaszcza karta kredytowa szybko postawi szereg terminów ostatecznych biednym ludziom krzątającym się w doczesności. Będą reanimacje i chwilowe przywrócenie płynności na rachunkach, aż do szczęśliwych likwidacji, wbrew nowym zachętom. Nie wiem jak sobie poradzi w tym spóźniony i sapiący przelew zaległego honorarium dwieście trzydzieści pięć złotych?

Rozkład tkanki: wyrejestrowanie z tak wielu różnych rejestrów! Opór stawiany przez tak wiele kodów i haseł nie przekazanych w porę!

I ten brak życia na łolu, w ostatnim czasie nie zanotowaliśmy żadnej twojej aktywności, przypomnij się swoim friendom, powiedz co czujesz. Na darmo. Pustka, może jakieś robaki rozniosą profil, siejąc zgniliznę? Ktoś jednak wcześniej napisze wirtualną klepsydrę: umarł, +

Przetrwa żelazna konstrukcja ksiąg wieczystych, kościec, wciąż w szafach: urodzony, baptizatus, bierzmowanie, matrimonium, związek zawarł. To ostatnie mocniejsze niż fakt, a słabsze niż więź. Dojdzie kartka nowa, odpisy dostanie rodzina, ubezpieczenie obejmie lub nie obejmie. 

Non omnis putrescam. Koncert na cztery ręce zabrzmi jasno, życie młode, novellae olivarum, wypuszczone w kosmos będzie biegło kilkoma ścieżkami przez lat może i kilkadziesiąt, aż samo wyda życie nowe i pójdzie też stąd. Ponadto kilka książek, trochę więcej tekstów pomniejszych - powiszą, powiszą, przy niektórych zarumieni się jeszcze twarz gorliwego poszukiwacza. Szeptana będzie modlitwa ratunkowa, którą miałem pod piórem. 

Ci, którzy nienawidzili lub pogardzali, zostaną z tym (gdyż nienawidzi się i pogardza postaciami, a te pozostają niezmiennie nawet gdy wychodzi spod nich zmęczona osoba). Tym bardziej ci, którzy byli obojętni. Tym, którzy kochali, pociągnę nić do labiryntu, sam pełen nadziei, że Aniołowie poprowadzą mnie z nią in paradisum, choćby i po przykrych purgacjach. 


Myśli człowiek: w proch się obrócę; niech ten proch nie zbrudzi tych, na których opadnie. Myśli człowiek: Zbawca mój żyje, będę błogosławił Boga w krainie żyjących.

sobota, 28 lutego 2015

Lewiatan

U Zwiagincewa Lewiatan pożera wszystko: nie tylko dom i człowieka podobnego do Hioba, ale i - w scenie z księdzem - samą opowieść o Hiobie (zostaje ona niejako użyta przeciw "Hiobowi", wcześniej sprowadzona do prostej budującej przypowieści, właśnie w stylu "przyjaciół Hioba").

"Lewiatan" jest tym bardziej opowieścią o Hiobie - tylko że w kadrze ujęto to, co jest tam "w środku", bez wstępu i bez zakończenia. A Bóg jest ukryty. I zakryty.

Mimo to zostaje tylko On. W zderzeniu z lewiatanem zawodzi prawnik, człowiek "wierzący tylko faktom": nie przeszkodził lewiatanowi, a zranił ufającego mu Hioba, uruchomił jego klęskę. Z drugiej strony: władyka, człowiek mówiący słowami Boga używa ich, by osłonić i wzmocnić nawet zbrodnię, przemienia prawdę o mocy Ducha w zachętę do zmobilizowania "poweru".

Wielki finał, niedziela w cerkwi. Słowa o Prawdzie, o Istinie - one pozostają niewinne, płyną wbrew intencjom głupców: popychają od wewnątrz władykę, by w swym nauczaniu zaprzeczył swemu wyrażonemu wcześniej przekonaniu, że Bóg przejawia się głównie przez moc; nie, znakiem Boga jest prawda. Kłamstwa nie obłaskawiają Ikony - chociaż oglądamy właśnie jak władyka używa Prawdy, by dać kredyt kłamstwu. Trzeba by jednak wiedzieć: "Słów ich słuchajcie, ale uczynków ich nie naśladujcie". Nie wie zapewne aparatczyk, jak straszną prawdę przypomina swojemu synkowi: "Bóg widzi wszystko".

Obejrzeć ten film jednego dnia, a następnego przeczytać o zastrzeleniu Niemcowa - oto opatrznościowy "montaż".

piątek, 27 lutego 2015

Przywyk odwykniętego

Przez wiele miesięcy nie napisałem ani jednego tekstu publicystycznego, ani jednej szerszej wypowiedzi o aktualnych sprawach publicznych. W tym czasie jedynie wpisy na facebooku, również rzadsze niż kiedyś, oraz zupełnie innej natury prace autorskie (książka-album o Księdzu Jerzym, prace nad koncepcją edukacji klasycznej dla Kolegium Św. Benedykta itp.).

W końcu stare zobowiązanie zmusiło mnie do napisania znowu tekstu "do druku". Drobne 10 tysięcy znaków, o sprawach znanych mi od podszewki i nieraz - choć w innych aspektach - opisywanych przed laty...

Siedziałem godzinami przed pustym ekranem. Potem kolejne godziny przed ekranem z wrzuconymi czterema banalnymi zdaniami, które miały mi ułatwić pójście dalej.

Ale nigdzie dalej nie chciało mi się iść - zniechęcały do tego banalne zdania. Próbowałem więc wykpić się jakimś recyklingiem: może coś napisane dawniej dałoby się, hmm, zaktualizować?

Nie dało się, jak na złość.

Zacząłem stukać. Litera po literze, słowo po słowie, Najpierw wszystko bolało, jak "w mięśniach i kościach" dawno nie używanych nóg. Po dwóch, trzech akapitach zaczęła jednak gdzieś w tle "grać muzyka". Ta "muzyka" doprowadziła szczęśliwie do końca tej krótkiej autorskiej przechadzki - na której końcu brzmiała już mocniej niż protest "mięśni".

Postawiłem kropkę, tekst wysłałem. Odetchnąłem.

Jeszcze nie ciągnie mnie do następnego spaceru. Za mało wiosny.