Pokazywanie postów oznaczonych etykietą byłem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą byłem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2008

We trzech o Vaticanum II

Byłem wczoraj gościem panelu zorganizowanego przez historyków na Uniwersytecie Śląskim - na temat znaczenia ostatniego soboru. Poza prowadzącym to spotkanie Michałem Witkowskim za stołem był jeszcze ks. prof. Jerzy Szymik (teolog z Międzynarodowej Komisji Teologicznej), Tomasz Terlikowski i ja - a na sali coś koło pięćdziesiątki studentów i pracowników naukowych z różnych wydziałów. Bardzo miłe spotkanie, okazja do poważnej rozmowy o sprawach ważnych.

Miałem pierwszy głos, który zatytułowałem: "Sobór, który zaskoczył wszystkich".

Mówiłem więc najpierw o zaskoczeniu Kurii rzymskiej - gdy skrupulatnie przygotowane przez komisję przygotowawczą schematy dokumentów zostały przez sobór odesłane do gruntownego przepracowania. To było zaskoczenie kurialnych konserwatystów - i sygnał, że sobór chce się zająć czymś innym niż tylko podsumowaniem dotychczasowych interpretacji magisterialnych. Wtedy pierwsze skrzypce zaczęli grać reformatorzy - ale i wśród nich porozumienie nie było dopowiedziane do końca. Gdy reformatorskie dokumenty zostały zredagowane i uchwalone, tkwiły w nich zarówno nie do końca spełnione nadzieje modernizujących radykałów, jak i niezbyt skuteczne zabezpieczenia konserwatystów. W sumie na poziomie treści dokumentów, w ich najprostszym znaczeniu tekstowym wziętym wraz z notami wyjaśniającymi, przebiły się intencje umiarkowanych reformatorów.

I tak to konserwatyści wyjeżdżali z soboru w końcu 1965 roku z odczuciem, że ich wytrzymałość została wystawiona na krańcowe doświadczenie, a linia dokumentów dorowadzona w kilku miejscach do samych granic akceptowanej ortodoksji. Z drugiej strony modernistyczni radykałowie zdawali sobie sprawę, że na poziomie dokumentów nadzieje na rewolucję pojęciową nie zostały zrealizowane, a w każdym razie że to, co uchwalono, nie zadowala ich. Zadowoleni byli tylko reformatorzy umiarkowani - oraz ten ogół Ojców, który odetchnął z ulgą, że kończy się czas tych wytężonych prac.

Czas więc teraz na zaskoczenie numer 2: przeżyli je właśnie umiarkowani (nie mówiąc o dobrodusznej przeciętnej światowego episkopatu), którzy w jakieś dwa lata po zamknięciu soboru mogli zobaczyć jasno, iż co prawda dokumenty były umiarkowane, lecz ich realizacja nabiera charakteru progresywnie radykalnego. Można powtórzyć za o. Aidanem Nicholsem OP - adaptując jego diagnozę dotyczącą kwestii liturgicznej - że co prawda na soborze wygrała linia umiarkowanych, ale realizację reform powierzono radykałom. Wielu przecierało oczy ze zdumienia - ale skoro Rzym nie mówił "nie" (albo mówił je w dyplomatycznym i hamletycznym stylu Sługi Bożego Pawła VI)... Zaraz potem przyszedł rok 1968, i o wiele przyjemniej było mieć wtedy te bardziej radykalne, progresywne, modernistyczne, lewicowe nastawienia!

W ten to sposób słynna "hermeneutyka zerwania" stała się w świecie niemal dominującym sposobem rozpoznania znaczenia Vaticanum II. Co ciekawe, było to zerwanie nie tylko z wcześniejszą Tradycją, ale i z samą literą Soboru. Kluczy do zrozumienia dokumentów nie szukano więc ani wcześniej, ani w nich samych - ale raczej w teologicznych wizjach tego czy innego nowatora. Nie można zrozumieć, o co dokładnie chodzi w Lumen gentium? No przecież wystarczy postudiować Rahnera! Sobór został oddany w niewolę babilońską części "ekspertów". Na ogół pod panowanie tych, których poglądy można było ułożyć w linię entuzjastycznej adaptacji Kościoła do oczekiwań świata.

Czy można się dziwić, że dokumenty Soboru służyły już coraz częściej jedynie jako alibi lub ozdobnik dla awangardowych uniesień, albo że przekształcano je w Koran do wykrywania przeniewierstw "integrystów"? Stopniowo coraz mniej entuzjastów "odnowy soborowej" interesowało się na serio jej rzeczywistą podstawą w dokumentach wyrażających myśl i wolę Kościoła.

A jednak tamten sobór - podobnie jak żaden inny - nigdy nie należał do jakiejś grupy teologów. Owszem, możemy w dokumentach odnaleźć charakterystyczne motywy tego czy innego autora - i pewnie brzmią one dzisiaj czasami równie zagadkowo i groźnie jak fragmenty podręczników prof. Tomasza Węcławskiego, czytane po jego apostazji. A jednak - Sobór jest własnością Kościoła.

Tu zaczyna się zaskoczenie numer trzy: że w ostatnich latach najwnikliwsze studia dotyczące treści nauczania soborowego wychodziły spod pióra autorów-teologów pochodzących ze środowisk raczej konserwatywnych i raczej krytycznych względem tego, co okrzyknięto zdobyczami posoborowymi. Najciekawsze prace teologiczne śledzące soborową doktrynę o liturgii, o jej reformie, o wolności religii, o możliwości dialogu z innymi religiami - mają za autorów postacie z kręgów konserwatywnych i tradycjonalistycznych. To oni są zaangażowanymi uczestnikami owej potrzebnej "hermeneutyki ciągłości". To oni - nic dziwnego! - zamiast wtykać do dokumentów soborowych wizje tego czy innego teologa, chcą po prostu odnaleźć te dokumenty in medio Ecclesiae, a wewnątrz nich - ich sens katolicki.

Takie to rzeczy mówiłem na tejże sesji. Jak widać, nic szczególnie odkrywczego - i zapewne dlatego relacjonując to spotkanie na portalu wiara.pl dziennikarz "GN" postanowił tego mojego wystąpienia nie relacjonować w ogóle, omawiając jedynie wystąpienia dwóch pozostałych mówców.

Wypowiedzi Tomka Terlikowskiego i ks. prof. Szymika zostały przez nich obu połączone piękną klamrą: najpierw TT wyznał na początku, że z soborów on najbardziej czuje się związany z tym chalcedońskim, który w starożytności sformułował naukę dogmatyczną o Chrystusie - a ksiądz profesor powtórzył to i rozwinął w naprawdę poruszającą myśl, że prawda z Chalcedonu jest rdzeniem naszej cywilizacji, gdy uczy, że maksimum Boga nie niweczy człowieczeństwa - a maksimum człowieczeństwa nie narusza Bóstwa (gdy to słyszałem, "grały mi w duszy anioły": to przecież moja ulubiona fraza o "harmoniach Wcielenia"!).

TT i ksiądz profesor mówili dużo ciekawych rzeczy także o Vaticanum II - i wydaje mi się, że ogólne wrażenie z tych wystąpień jest jednak inne niż to jakie może sobie wyrobić czytelnik notki z wiara.pl (bo skrupulatnie usunięto z niej wszystkie "pieprzyki" uwag krytycznych, których było sporo zwłaszcza u TT, a które też przecie tworzą smak całości). To zresztą dla mnie kolejne takie doświadczenie, że o ile jest już możliwa ciekawa i swobodna rozmowa o Soborze na sesjach naukowych i popularnonaukowych, o tyle relacjonujący je dziennikarze mediów katolickich przerabiają ją regularnie w budynie słodziutkich celebracji; skoro ja znam co najmniej kilka takich przypadków blokady umysłowo-informacyjnej, to czasem myślę sobie, że katolickie media dzielnie budują jakiegoś swoistego matrixa. Pytanie: po co?

Czy w grę wchodzi jakaś już prawie niezawiniona blokada w mózgu? Sam nie wiem, ale co powiedzieć na przykład o takim przypadku, gdy pewne wpływowe katolickie medium otrzymawszy propozycję patronatu medialnego nad albumowym wydaniem Ducha liturgii kard. Ratzingera, odpowiada: "nie, bo to ma wydźwięk lefebrystowski"? Tak właśnie, drodzy państwo, myślą w tej redakcji: czas bronić trzódki czytelników przed lefebvrystowskimi wybrykami ich Papieża. Boki zrywać czy raczej łapać się za głowę?


czwartek, 6 marca 2008

Między sklepami

Byłem dziś gościem w programie "Między sklepami" - który jest nagrywany przez Szymona Hołownię w Złotych Tarasach. Co prawda zapraszano mnie do uczestnictwa w sporze o stan Kościoła w Polsce - ale już na planie dowiedziałem się, że będę pytany o "konserwatywny skręt" w Kościele za papieża Benedykta. Powiedziałem więc na tenże temat, spierając się z Adamem Szostkiewiczem i też z red. Hołownią. W sumie wyszło na to, że Papież wzmacnia asertywność katolicką - za to już nie zdążyłem pokazać, że jest to dobro potrzebne wszystkim. Co ciekawe, wszyscy zgodni, że ten papież jest dla ludzi bardziej zrozumiały (a przecież wydawało się, że bezpośredniości Jana Pawła nic nie zastąpi). Program pójdzie w religia.tv, więc znowu zobaczę go tylko w internecie. I tak to zostałem z myślami ułożonymi na okazję dyskusji o Kościele w Polsce - skoro już są uporządkowane, zapiszę je tutaj, ale jednak innym razem.

wtorek, 19 lutego 2008

O islamie - jedna strona medalu

W TVP Polonia uczestniczyłem w Komentatorze o islamie w Europie (z prof. Daneckim i red. Dobieckim). Rozmowa szła dość wartko, choć w trakcie zorientowałem się, że obowiązywała nas formuła, w której nie bardzo mogliśmy sobie wchodzić w słowa i reagować. Raczej odpowiadaliśmy na pytania prowadzącej.

Trochę dotknęliśmy temat islamu w Europie. Mówiłem o komplikacji, która wynika z tego, że dziś rozmówcą muzułmanów w Europie jest nie tylko chrześcijaństwo, ale i systemy laicyzmu, wrogie religii po prostu. Te systemy laickie dopiekają tak samo muzułmanom jak chrześcijanom - a równocześnie w krajach sztandarowo islamskich trwa w najlepsze dyskryminacja chrześcijan, włącznie z zabójstwami.

Zdziwiło mnie pytanie prowadzącej red. Sieradzkiej, czy chrześcijanie nie powinni zazdrościć islamowi temperatury reakcji na obrażanie ich religii. My mamy zupełnie inną religię, i ta nasza nie pozwala na takie rozbestwienie emocji. Inna sprawa, że rzeczywiście już za bardzo przyzwyczailiśmy się do bluźnierstw. Ale to nieprawda, że dziś już nikt nie umiera za chrześcijaństwo. Okazuje się, że przypominanie o codziennym męczeństwie chrześcijan także w niektórych krajach muzułmańskich jest konieczne.

W sumie - mówiliśmy rzeczywiście prawie wyłącznie o sprawie obecności muzułmanów w Europie. Ale to rodzi pewne złudzenie, bo znika nam z obrazu ta dysproporcja między traktowaniem muzułamnów na Zachodzie i traktowaniem chrześcijan w krajach islamu. A świat mamy dziś mniejszy, nie da się mówić tylko o wycinkach globalnych problemów.


Na wirażu

Ksiądz Isakowicz-Zaleski wydaje następną książkę - tym razem coś w rodzaju autobiografii. Nie znam jej, więc z ocenami muszę poczekać. Ale już wczoraj, w programie Kwadrans po ósmej (TVP1) byłem zmuszony zareagować łagodną polemiką na to, co mówił autor - bo odniosłem wrażenie, że upominając się o odchodzących księży (bynajmniej nie tych najsławniejszych), ksiądz poszedł w stronę krytyki "struktur". A jednak, niezależnie od wszystkich okoliczności, chodzi tu o wierność przyjętemu sakramentalnie powołaniu. A więc winy za odejścia nie należy, po Bartosiowemu, zrzucać na struktury. Chyba że ksiądz Isakowicz miał na myśli jakieś pasożytujące w organizmie kościelnym "struktury zła" - ale i wówczas każde odejście byłoby głównie sygnałem ich tryumfu (co zresztą opisano kiedyś przejmująco w amerykańskiej książce "Good bye, good men", o niszczeniu powołań w liberalnych, "lawendowych" seminariach).

Niestety we wczorajszej wypowiedzi ks. I-Z był też niezbyt zręczny passus, żeby Kościół "zaczął stosować swe antygejowskie kontry najpierw że własnych szeregach". Pewnie, niech będzie tu przejrzystość i stanowczość, ale to przecież nie znaczy, że wcześniej Kościół ma zamilknąć, prawda?


niedziela, 17 lutego 2008

Moda na apolityczność

Wyszedłem właśnie z programu Między niebem a ziemią w TVP1, z dyskusji o zaangażowaniu Kościoła w życie publiczne (na tle niedawnego spotkania Episkopatu i Rządu). A więc taka dyskusja z wątkami, które przerabiało się w ostatnich latach wiele razy. Charakteryzując to od strony dziennikarskiego ustawienia programu, grałem w deblu z Marcinem Przeciszewskim, naprzeciw red. Gduli z "Krytyki Politycznej" i red. Wiśniewskiej z "Wyborczej", a pośrodku siedział Marek Zając (obecny był też ks. dr Kloch, rzecznik KEP).

Zwróciły moją uwagę dwie rzeczy: Najpierw, o paradoksie, to, że Gdula ma swoją rację, gdy opisuje te różne dile zawierane niekiedy w sposób niewypowiedziany między politykami i biskupami, zwykle na zasadzie absolutu świętego spokoju społecznego (owszem, pokój społeczny to jest ważny składnik dobra wspólnego, ale jednak zwłaszcza z punktu widzenia chrześcijaństwa nie absolutny). Tylko że Gdula chciałby, żeby Kościół ze swoim "fundamentalizmem" wybrał los amiszów, a w ten sposób zostawił uprawianie polityki neurotykom laicyzmu.

A potem zaskoczył mnie trochę ks. Kloch gdy przyjął taką strategię, że sprawy omawiane na komisji wspólnej "nie mają nic wspólnego z polityką", bo to przecież chodzi o katechezę, bioetykę itp. No ale jednak te sprawy wchodzą w politykę, gdy chodzi o zaangażowanie państwa i prawa. To zresztą normalne i chwalebne, że Kościół ma też swoją etykę polityczną, np. w kwestiach bioetycznych. Wypowiedź rzecznika brzmiała mi jak unik przed ewentualnym uderzeniem. Niestety to się może zaczyna jako "zręczna dyplomacja", ale kończy rozbrojeniem opinii katolickiej, gdy rzeczywiście trzeba i można porządkować tę naturalną sferę życia człowieka, którą jest polityka (bo polityka tak naprawdę nie jest tylko "sztuką zdobywania władzy", ale roztropną służbą na rzecz doczesnego dobra wspólnego społeczności cywilnej).

Ciekawe, że wszystko to składa się samo w powszechna modę na apolityczność: wszyscy boją się być "złapani" na polu polityki, więc nawet platformiany rząd uprawia miłość-a-nie-politykę, tak jak po naszej, kościelnej stronie czasem uprawia się dialog-a-nie-nawracanie. "Popatrzcie, jacy jesteśmy pluszowi"?


czwartek, 14 lutego 2008

Telewizyjna wizytówka Christianitas

W miłym kościele św. Benona nagrywałem rozmowę o Mszy i "Christianitas". Niezwykłość tego wydarzenia polegała na tym, że rozmowę prowadził ks. Kazimierz Sowa dla Religia.tv. Inna sprawa, że był on autorem jednego z lepszych tekstów o tradycjonalistach (we "Wprost"), ale na pewno dla wielu wieść o nagrywaniu przez ekipę ITI w kościele redemptorystów będzie zaskoczeniem. Tymczasem wszystko odbyło się zwyczajnie i bez sensacji, ze znaną mi roztropną otwartością gospodarza miejsca.


Siedzieliśmy na granicy kruchty i nawy, a mowa była najpierw o liturgii a potem o formach obecności katolickiej w życiu publicznym. Pół godziny popłynęło szybko, nawet nie zdążyliśmy się pospierać. Mój rozmówca dobrze przygotowany, potrafił cytować konkretne wpisy z Cybersylwy - a to zawsze ułatwia wiele. I chyba pewne wrażenie niedosytu po obu stronach, bo ledwie dotknęliśmy temat polityki. I tak tego nie zobaczę w tv, chyba że w internecie (w onet.tv).

sobota, 9 lutego 2008

O dialogu na Freta

Odbył się "Areopag na Freta", na temat dialogu. Jako panelista mówiłem w swojej cząstce dyskusji m.in. o tym, że Vaticanum II nie tworzy nowej epoki, także w dziejach uprawiania dialogu. Pod tym ostatnim względem jest niejednoznaczne: za przejaw spokojnego dialogu nie można uznać przecież ani wyciszenia mocno popieranego przez ojców soborowych projektu potępienia komunizmu, ani realizowania reformy liturgicznej; to były raczej przykłady oświeconego absolutyzmu ludzi umiejących używać środków nacisku i blokady.

Natomiast zarówno przed Soborem, jak i dziś aktualne jest wezwanie obecne w starym tekście Guardiniego, aby wewnątrz Kościoła dorozumiały się persony takie jak entuzjasta liturgii, uczony zafascynowany nową refleksją i duszpasterz prowadzący z powodzeniem popularne prace charytatywne i krzewiący ludowe formy pobożności. To jest zadanie także w Polsce (powiedziałem, że kilka lat temu wymieniłbym jako symbole tej rozmowy o. Kwietnia OP, ks. prof. Węcławskiego i kogoś z kręgu Radia Maryja - ale dziś jeden z tych symboli zrobił krok poza Kościół).

Mówiłem też o tym, jak łatwo się mówi o dialogu, a jak równocześnie nie potrafi się spełnić elementarnych reguł rzetelności tam gdzie rzeczywisty uważny dialog jest niezbędny (przykład abp. Gocłowskiego miotającego anatemy na lefebvrystów akurat w Tygodniu modlitw o jedność i akurat w dniu gdy Rzym przypomniał, że to nie są schizmatycy). W związku z tym przypomnienie anegdoty z Golemana Inteligencji społecznej - o skądinąd okrutnym eksperymencie na księżach: kazano im się przygotowywać kolejno do kazania o miłosiernym Samarytaninie, a potem wzywano na salę, aby powiedzieli swoje kazanie - niemal żaden w tej drodze korytarzem nie zatrzymał się przy głośno wzywającym pomocy leżącym człowieku; głównie dlatego, że mówiono im, iż są już spóźnieni i wszyscy czekają. Jak widać, "wszyscy" to ktoś ważniejszy niż leżący człowiek - no a obchody ekumeniczne to coś ważniejszego niż garstka "schizmatyków" we własnej diecezji.

Potem sporo zasadniczych różnic zdań z Adamem Szostkiewiczem, ale to akurat nie zaskakuje. Nawet w pojmowaniu dialogu się różnimy: pan Adam uważa, że jest to bezinteresowne bycie ze sobą - a ja, że wspólne szukanie jedynej nagrody, prawdy, która zmienia życie.

Pan Adam wyraźnie i otwarcie rozgoryczony linią Ojca Świętego, zapowiada, że jeśli dalej będzie on budował taką "asertywnośc" katolików, to cały Sobór będzie na nic i będzie źle. Spodziewa się, że niedługo będzie sobór następny, "bo wyrosło nam pokolenie, które soboru nie pamięta". Wszystko to skojarzyło mi, zupełnie niewłaściwie, zmartwienie pewnego księdza kanonika z powieści Bruce'a Marshalla, że jak tak dalej pójdzie, to będzie albo koniec świata, albo unia kościołów schizmatyckich.