Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja łacińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja łacińska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2008

We trzech o Vaticanum II

Byłem wczoraj gościem panelu zorganizowanego przez historyków na Uniwersytecie Śląskim - na temat znaczenia ostatniego soboru. Poza prowadzącym to spotkanie Michałem Witkowskim za stołem był jeszcze ks. prof. Jerzy Szymik (teolog z Międzynarodowej Komisji Teologicznej), Tomasz Terlikowski i ja - a na sali coś koło pięćdziesiątki studentów i pracowników naukowych z różnych wydziałów. Bardzo miłe spotkanie, okazja do poważnej rozmowy o sprawach ważnych.

Miałem pierwszy głos, który zatytułowałem: "Sobór, który zaskoczył wszystkich".

Mówiłem więc najpierw o zaskoczeniu Kurii rzymskiej - gdy skrupulatnie przygotowane przez komisję przygotowawczą schematy dokumentów zostały przez sobór odesłane do gruntownego przepracowania. To było zaskoczenie kurialnych konserwatystów - i sygnał, że sobór chce się zająć czymś innym niż tylko podsumowaniem dotychczasowych interpretacji magisterialnych. Wtedy pierwsze skrzypce zaczęli grać reformatorzy - ale i wśród nich porozumienie nie było dopowiedziane do końca. Gdy reformatorskie dokumenty zostały zredagowane i uchwalone, tkwiły w nich zarówno nie do końca spełnione nadzieje modernizujących radykałów, jak i niezbyt skuteczne zabezpieczenia konserwatystów. W sumie na poziomie treści dokumentów, w ich najprostszym znaczeniu tekstowym wziętym wraz z notami wyjaśniającymi, przebiły się intencje umiarkowanych reformatorów.

I tak to konserwatyści wyjeżdżali z soboru w końcu 1965 roku z odczuciem, że ich wytrzymałość została wystawiona na krańcowe doświadczenie, a linia dokumentów dorowadzona w kilku miejscach do samych granic akceptowanej ortodoksji. Z drugiej strony modernistyczni radykałowie zdawali sobie sprawę, że na poziomie dokumentów nadzieje na rewolucję pojęciową nie zostały zrealizowane, a w każdym razie że to, co uchwalono, nie zadowala ich. Zadowoleni byli tylko reformatorzy umiarkowani - oraz ten ogół Ojców, który odetchnął z ulgą, że kończy się czas tych wytężonych prac.

Czas więc teraz na zaskoczenie numer 2: przeżyli je właśnie umiarkowani (nie mówiąc o dobrodusznej przeciętnej światowego episkopatu), którzy w jakieś dwa lata po zamknięciu soboru mogli zobaczyć jasno, iż co prawda dokumenty były umiarkowane, lecz ich realizacja nabiera charakteru progresywnie radykalnego. Można powtórzyć za o. Aidanem Nicholsem OP - adaptując jego diagnozę dotyczącą kwestii liturgicznej - że co prawda na soborze wygrała linia umiarkowanych, ale realizację reform powierzono radykałom. Wielu przecierało oczy ze zdumienia - ale skoro Rzym nie mówił "nie" (albo mówił je w dyplomatycznym i hamletycznym stylu Sługi Bożego Pawła VI)... Zaraz potem przyszedł rok 1968, i o wiele przyjemniej było mieć wtedy te bardziej radykalne, progresywne, modernistyczne, lewicowe nastawienia!

W ten to sposób słynna "hermeneutyka zerwania" stała się w świecie niemal dominującym sposobem rozpoznania znaczenia Vaticanum II. Co ciekawe, było to zerwanie nie tylko z wcześniejszą Tradycją, ale i z samą literą Soboru. Kluczy do zrozumienia dokumentów nie szukano więc ani wcześniej, ani w nich samych - ale raczej w teologicznych wizjach tego czy innego nowatora. Nie można zrozumieć, o co dokładnie chodzi w Lumen gentium? No przecież wystarczy postudiować Rahnera! Sobór został oddany w niewolę babilońską części "ekspertów". Na ogół pod panowanie tych, których poglądy można było ułożyć w linię entuzjastycznej adaptacji Kościoła do oczekiwań świata.

Czy można się dziwić, że dokumenty Soboru służyły już coraz częściej jedynie jako alibi lub ozdobnik dla awangardowych uniesień, albo że przekształcano je w Koran do wykrywania przeniewierstw "integrystów"? Stopniowo coraz mniej entuzjastów "odnowy soborowej" interesowało się na serio jej rzeczywistą podstawą w dokumentach wyrażających myśl i wolę Kościoła.

A jednak tamten sobór - podobnie jak żaden inny - nigdy nie należał do jakiejś grupy teologów. Owszem, możemy w dokumentach odnaleźć charakterystyczne motywy tego czy innego autora - i pewnie brzmią one dzisiaj czasami równie zagadkowo i groźnie jak fragmenty podręczników prof. Tomasza Węcławskiego, czytane po jego apostazji. A jednak - Sobór jest własnością Kościoła.

Tu zaczyna się zaskoczenie numer trzy: że w ostatnich latach najwnikliwsze studia dotyczące treści nauczania soborowego wychodziły spod pióra autorów-teologów pochodzących ze środowisk raczej konserwatywnych i raczej krytycznych względem tego, co okrzyknięto zdobyczami posoborowymi. Najciekawsze prace teologiczne śledzące soborową doktrynę o liturgii, o jej reformie, o wolności religii, o możliwości dialogu z innymi religiami - mają za autorów postacie z kręgów konserwatywnych i tradycjonalistycznych. To oni są zaangażowanymi uczestnikami owej potrzebnej "hermeneutyki ciągłości". To oni - nic dziwnego! - zamiast wtykać do dokumentów soborowych wizje tego czy innego teologa, chcą po prostu odnaleźć te dokumenty in medio Ecclesiae, a wewnątrz nich - ich sens katolicki.

Takie to rzeczy mówiłem na tejże sesji. Jak widać, nic szczególnie odkrywczego - i zapewne dlatego relacjonując to spotkanie na portalu wiara.pl dziennikarz "GN" postanowił tego mojego wystąpienia nie relacjonować w ogóle, omawiając jedynie wystąpienia dwóch pozostałych mówców.

Wypowiedzi Tomka Terlikowskiego i ks. prof. Szymika zostały przez nich obu połączone piękną klamrą: najpierw TT wyznał na początku, że z soborów on najbardziej czuje się związany z tym chalcedońskim, który w starożytności sformułował naukę dogmatyczną o Chrystusie - a ksiądz profesor powtórzył to i rozwinął w naprawdę poruszającą myśl, że prawda z Chalcedonu jest rdzeniem naszej cywilizacji, gdy uczy, że maksimum Boga nie niweczy człowieczeństwa - a maksimum człowieczeństwa nie narusza Bóstwa (gdy to słyszałem, "grały mi w duszy anioły": to przecież moja ulubiona fraza o "harmoniach Wcielenia"!).

TT i ksiądz profesor mówili dużo ciekawych rzeczy także o Vaticanum II - i wydaje mi się, że ogólne wrażenie z tych wystąpień jest jednak inne niż to jakie może sobie wyrobić czytelnik notki z wiara.pl (bo skrupulatnie usunięto z niej wszystkie "pieprzyki" uwag krytycznych, których było sporo zwłaszcza u TT, a które też przecie tworzą smak całości). To zresztą dla mnie kolejne takie doświadczenie, że o ile jest już możliwa ciekawa i swobodna rozmowa o Soborze na sesjach naukowych i popularnonaukowych, o tyle relacjonujący je dziennikarze mediów katolickich przerabiają ją regularnie w budynie słodziutkich celebracji; skoro ja znam co najmniej kilka takich przypadków blokady umysłowo-informacyjnej, to czasem myślę sobie, że katolickie media dzielnie budują jakiegoś swoistego matrixa. Pytanie: po co?

Czy w grę wchodzi jakaś już prawie niezawiniona blokada w mózgu? Sam nie wiem, ale co powiedzieć na przykład o takim przypadku, gdy pewne wpływowe katolickie medium otrzymawszy propozycję patronatu medialnego nad albumowym wydaniem Ducha liturgii kard. Ratzingera, odpowiada: "nie, bo to ma wydźwięk lefebrystowski"? Tak właśnie, drodzy państwo, myślą w tej redakcji: czas bronić trzódki czytelników przed lefebvrystowskimi wybrykami ich Papieża. Boki zrywać czy raczej łapać się za głowę?


czwartek, 6 marca 2008

Krótko o Soborze

Po niedawnych katastrofach kilku różnych urządzeń w naszym domu miałem okresowo trochę trudności z bywaniem w sieci - ale udało mi się zauważyć, że mój poprzedni wpis wywołał efekt dla mnie dość niespodziewany: zamieszczenie początku odpowiedzi na pytania dwojga bywalców sieci - razem z zapowiedzią odpowiedzi dalszych - wywołało ich gniewne komentarze pełne podejrzeń, że jakoś chcę ich wykiwać. Widzę teraz jasno, że im bardziej dokładnie chciałbym odpowiedzieć, tym będzie gorzej - bo w końcu i tak okaże się, że nawet zawarta we wpisie "erudycja" będzie dla dwojga moich gości obraźliwie podstępną sztuką zdominowania ich. Tymczasem chodzi im, jak to widzę obecnie, jedynie o taką przepytywankę, w której mam na raz dwa trzy określić, czy przyjmuję czy nie nauczanie Vaticanum II.

Jakoś nie przyszło mi do głowy, że tylko takie skrótowe wyznanie zaspokoi pytających - tym bardziej, że ja już nie raz pisałem teksty i o ekumenizmie, i o dialogu międzyreligijnym, i o roli świeckich, lub głosiłem wykłady o doktrynie wolności religijnej - w których odpowiedź na pytanie poldka i katrzyny jest obecna dosadnie i źródłowo (jest też na ten temat sporo w rocznikach "Christianitas"). Przepraszam zatem za to, iż czytając tak bezpretensjonalne pytania, posądziłem ich autorów o chęć uzyskania ode mnie jakiegoś wyjaśnienia głębszego i rozleglejszego od dotychczas publikowanych. Teraz jednak, gdy już dobrze zrozumiałem typ dociekliwości poldka i katrzyny, myślę, że nareszcie jej zadośćuczynię.

Tak więc specjalnie dla poldka i katrzyny:

TAK, JA PAWEŁ MILCAREK PRZYJMUJĘ NAUCZANIE SOBORU WATYKAŃSKIEGO II - DOKŁADNIE W TEN SPOSÓB I W TYM ZNACZENIU W JAKIM WYRAZIŁ JE KOŚCIÓŁ, A WIĘC W PEŁNEJ ZGODZIE Z WCZEŚNIEJSZĄ TRADYCJĄ I Z PÓŹNIEJSZYMI OBJAŚNIENIAMI PODANYMI PRZEZ URZĄD NAUCZYCIELSKI KOŚCIÓŁA DLA UNIKNIĘCIA WADLIWYCH INTERPRETACJI I PRAKTYK.

Co więcej, pragnę z całego serca, aby z obrazu ostatniego soboru zdjęta została narzucona mu niemal od początku maska błędnych pojęć i interpretacji tworzonych według "hermeneutyki zerwania" i ducha uległości względem ideologii tego świata.


poniedziałek, 3 marca 2008

Jestem czy nie jestem katolikiem "trydenckim"?

Takie mniej więcej pytanie zadano mi na Blogu Christianitas w salonie24. Z dodatkiem: czy ci "trydenccy" katolicy są gotowi na "kompromis" ze Stolicą Apostolską? No i jeszcze pytanie, co sądzę o wszelkich dialogach (ekumenicznym, z innymi religiami...).

Zacznę od tej "trydenckości". Sprawa jest dość prosta - ale, jak zwykle, odpowiedź zależy od rozumienia tego pojęcia. No więc tak: katolikiem "trydenckim" jestem mniej więcej w tym samym stopniu, w jakim ma być nim każdy katolik rzymski. Definicje trydenckie - np. o Eucharystii, Mszy, innych sakramentach, Łasce - są w moim Kościele dogmatami, o których przypominają do dziś encykliki papieży (np. Mysterium fidei Pawła VI czy Ecclesia de Eucharistia Jana Pawła II - proszę sprawdzić, na jakie dokumenty powołują się te teksty). W konsekwencji także każda Msza i każda poprawna katecheza jest właśnie "trydencka" - o ile jest katolicka. I w tym sensie spodziewam się i oczekuję, że wszyscy moi bracia we wspólnocie Kościoła odnajdą swój związek z Trydentem - bo bez pełnego pozytywnego afektu przyjęcia jego nauk nie można być katolikiem. W tym też sensie oczekuję, że nie będzie się "trydencką" nazywało tylko Mszy z mszału św. Piusa V i bł. Jana XXIII, lecz także Mszę odprawianą zgodnie z edycją typiczną mszału Pawła VI - bo żeby być Mszą Kościoła Chrystusa, musi być ona tak "trydencka", jak katolicyzm jest "rzymski". Gdyby jakiś kapłan powiedział mi np., że odprawia nie-trydencką Mszę św., byłbym po prostu zaniepokojony o to, czy chce uobecnić Ofiarę i sprowadzić realną obecność Pana Jezusa.

Żeby to odnalezienie niezbędnego związku także z tym wielkim soborem Kościoła było łatwiejsze, trzeba by na pewno zgłębić jego historię, przekraczając fałsze rozpowszechniane często przez "aroganckich krytyków". Pierwszy z brzegu fałsz to przekonanie, że "w Trydencie nikt nie chciał z nikim dyskutować" - trzeba rzeczywiście nie wiedzieć nic o okolicznościach i przebiegu tego soboru, żeby coś takiego powiedzieć. Bo dyskusje w Trydencie były, i to ostre, a kształt najważniejszych dokumentów (np. o usprawiedliwieniu) był właśnie taki, żeby zostawić furtkę debacie teologicznej z nowatorami. Tylko że nowatorzy - zaproszeni do debaty - nie mieli na nią ochoty.

Wracam jednak do pierwszego pytania. Jestem więc katolikiem "trydenckim" razem ze wszystkimi moimi braćmi i siostrami w Kościele. Czy także w jakiś inny, szczególny sposób? Znowu proszę o uwzględnienie mojego odróżnienia: owszem, w czasach gdy np. ogół teologów niemieckich jest skłonny do herezji negowania ofiarnego charakteru Mszy, ja mocniej niż byłoby to potrzebne kiedy indziej powtarzam dogmaty Trydentu, bo właśnie jako odpowiedź na tę herezję Trydent był wydarzeniem opatrznościowym. W tym sensie mój katolicyzm będzie "trydencki", tak jak jest - właśnie w ten sam sposób - bardziej "tradycyjny".

Nie mogę jednak zakończyć bez takiego dopowiedzenia, które kompletuje tę odpowiedź: jeśli komuś chodziłoby o to, czy tzw. epoka trydencka i potrydencka jest w moim katolicyzmie przedmiotem jakiegoś szczególnego zachwytu lub przywiązania - musiałbym odpowiedzieć, że nie. Msza, na którą chodzę gdy nie przeszkadzają niemądrzy zeloci po-soboru, bywa nazywana trydencką - ale każdy kto choćby liznął trochę solidniejszej wiedzy na ten temat, wie dobrze, iż jest ona bardziej "gregoriańska" (od św. Grzegorza Wielkiego), "karolińska" czy "średniowieczna" - niż właśnie trydencka. Potrydencki był głównie akt prawny ustanawiający ją jako powszechnie obowiązującą w Kościele. A jednak jest to ten ryt Mszy, który od czasów niepamiętnych, od tak dawna jak sięga pamięć Kościoła i wiedza historyków, był obrządkiem Kościoła rzymskiego. Po Trydencie jedynie rozszerzono go na cały Kościół łaciński.

Nie jestem też admiratorem potrydenckiego stylu duchowości. Czuję się związany z duchowością o wiele bardziej "prymitywną" - bo benedyktyńską, a przez to z ową "starą szkołą" monastycznej wolności, sięgającą pierwszych wieków, czasów Kasjana i innych. Mam przyjaciół, którzy więcej zawdzięczają "trydenckiej" duchowości (np. jezuitom), ale sam się do nich nie zaliczam (już więcej zawdzięczam karmelitom - ale ich wielka reforma w XVI w. była bardziej "eremicko-średniowieczna" niż "trydencka"). To samo w filozofii: jestem uczniem św. Tomasza i szkoły dominikańskiego tomizmu - a nie devotio moderna czy ontologii jezuickich albo... brrrr... oświeceniowych.

Jak widać, moje umiłowania są "pre-moderne" (a czasem, by zacytować Maritaina, "anti-moderne") - bardziej "prymitywne" niż wysublimowanie nowożytne. Wydaje mi się nawet, że sposób, w jaki przeprowadzono reformę liturgiczną po Vaticanum II jest bardziej karykaturą tego stylu "trydenckiego" centralnego, metodycznego, planowego zarządzania lub oświeconego absolutyzmu, niż rzekomym "powrotem do źródeł" (tak jak np. rahnerowska teologia jest raczej skrajną realizacją suarezjańskiej neoscholastyki niż upragnionym przez Sobór uczynieniem z Pisma serca teologii - stopień racjonalistycznego ufilozoficznienia tej teologii przekracza wszystko co robili np. scholastycy w XII-XIII wieku).

Taki to właśnie ze mnie katolik "trydencki".

Pozostały jeszcze do odpowiedzi inne pytania, ale o tym w następnym poście.

czwartek, 28 lutego 2008

Dom Gerard Calvet OSB - R.I.P.

Dzisiaj zmarł ojciec Gerard Calvet, benedyktyn i reverendissimus domnus z Opactwa św. Magdaleny z Le Barroux - założyciel i wieloletni opat tej wspólnoty, założonej tylko i wyłącznie po to, by można było kontynuować obserwancję benedyktyńską zgodnie z Regułą, w stylu dawnego klasztoru En Calcat i w duchu tradycji łacińskiej.

Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie. Et lux perpetua luceat ei.

Miałem szczęście go poznać osobiście - i to w Fontgombault, na sali obrad pod przewodnictwem kard. Ratzingera. Wręczyłem mu egzemplarz naszego polskiego wydania jego książki Jutro Chrześcijaństwa. Tamże pisałem o Dom Gerardzie w posłowiu.

To prawie równoczesne spotkanie książki i autora było szczęśliwym wydarzeniem - bo dawało kontakt równocześnie z dwiema warstwami osobowości tego jednego człowieka. W Jutrze jest to energiczny polemista, chętnie wznoszący sztandar i - by powiedzieć językiem Tomaszowej definicji politycznych obowiązków duchowieństwa - zagrzewający do walki tych, którzy wojują w obronie Christianitas. Dom Gerard nikogo tam specjalnie nie oszczędza, i takim gorącym duchem przecież pozostał - stąd też jego zdolność zgromadzenia wokół siebie w najtrudniejszych warunkach izolacji i wykluczeń grupki młodych zapaleńców, za murami wznoszonego klasztoru i poza nimi (ileż różnych środowisk świeckich zainspirowało Le Barroux!) - ale także i starych "wilków-samotników", jak Thibon czy Madiran. A jednak w tej samej książce jest też cudowny rozdział o benedyktynach i o mniszym pax. I wydaje się, że opat Gerard wraz z upływem lat coraz lepiej wczuwał się w to, co tak pięknie wtedy opisał, a jego klasztor stawał się też "narzędziem pokoju", pozostając przecież zarzewiem odbudowy katolickiej duchowości i liturgii. Ten klasztor nadal nawraca.

Umarł na serce nagle, choć od lat rozmaicie słabował. Domyślam się, że to była dobra śmierć - i szczęśliwe odejście ze świata, który dał już Dom Gerardowi i to, co miał gorzkiego dla wiernego syna Kościoła, i to co miał błogosławionego dla mnicha szukającego Boga także w pięknie. Po drugiej stronie nie będzie już goryczy, za to błogosławieństwo trwa.

piątek, 22 lutego 2008

Normalnie i nienormalnie

Zostałem bardzo uprzejmie zaproszony do udziału w Tygodniu Eklezjologicznym na KULu (w kwietniu br.) - do stołu panelowego na temat Vaticanum II i liturgii. Nie wiem jaki będzie szerszy kontekst, ale wprowadzenie tematu liturgii trydenckiej (o tym mam mówić) do programu tego Tygodnia to jednak oznaka kształtującej się normalności. Oby tak dalej, z tradycją łacińską już nie jako ciekawostką, ale jako normalnym elementem życia liturgicznego i duchowego w Kościele w Polsce.

To nie znaczy, że ta normalność kształtuje się bez niepotrzebnych trudności. Czasem słyszę, jak tu i tam jakiś biskup czy ekspert powiada, że "u nas nie ma zainteresowania Mszą trydencką". Wiem, jak często takie deklaracje są efektem nie tyle dobrej diagnozy sytuacji, ile pewnej umysłowej bariery ich autorów, którzy dosłownie "nie widzą problemu". Nie widzą, i już!

A ja co jakiś czas odbieram telefony i mejle, które świadczą dobrze o tym, jakie kłody rzuca się czasem pod nogi zwykłym ludziom, którzy chcieliby - najzwyczajniej w świecie - chodzić na "starą Mszę". Oto jeden z takich listów:

Drogi Panie Redaktorze!

Nazywam się XXXXXXXXXXX, mam 42 lata i piszę do Pana z XXXXXXXXX z prośbą o pomoc.
Jest nas tu ponad 10 osobowa grupa ludzi, ceniących sobie szczególnie Mszę Świętą Trydencką i pragnących w takiej Mszy uczestniczyć. Myślimy, że gdyby takie Msze się odbywały, chętnych z czasem jeszcze by przybyło.

Mąż, córka i ja uczestniczyliśmy już w kilku takich Mszach w Lublinie, w kościele pw. Św. Ducha. Cóż, kiedy najstarszy w XXXXXXXXXX ksiądz - proboszcz największej xxxxxxxxx parafii, który odprawaiał jeszcze w młodości takie Msze i nieźle je pamięta (przy nas cytował fragmenty z pamięci), nie chce zgodzić się na ich odprawianie na naszą prośbę. Co więcej - nie widzi w tym większego sensu. Uważa, że obecne Msze są równie dobre i nie ma sensu, by przywracać to, co stare. Uważa, że decyzja Ojca Świętego Benedykta XVI jest ukłonem w stronę Lefevrystów i właściwie tylko ich dotyczy, a nie zwykłych parafian. Ten ksiądz mówił nam jeszcze, że w xxxxxxxx, z polecenia biskupa xxxxxxxxxxx, odprawiano Mszę Trydencką, i że była to próba nieudana.

Proszę nam doradzić, co jeszcze możemy w tej sprawie zrobić? Bylibyśmy bardzo wdzięczni...
Dziekan naszego dekanatu powiedział nam również, że jedynym księdzem w naszej okolicy, który mógłby rzeczywiście taką Mszę odprawić, jest ksiądz prałat xxxxxxxxxx - ten właśnie, który nam odmówił. Nikt inny by nie potrafił. Dodał, że on sam zna tylko ministranturę, ale jest to tak trudna Msza, że widzi to wszystko bardzo pesymistycznie.
Przyszła nam jeszcze myśl, aby zaprosić do naszego miasta któregoś z księży z terenu Polski, który już taką Mszę odprawia, aby odprawił ja u nas choćby raz na 2-3 miesiące. Grupa chętnych mogłaby wtedy wzrosnąć i być może byłyby większe szanse przekonania ks. xxxxxxxx do odprawiania Mszy Trydenckiej.
Nie wiemy jednak czy byłby to dobry pomysł i z kim ewentualnie moglibyśmy się skontaktować w tej sprawie.

Serdecznie prosimy o jakąś pomoc i dołączamy pozdrowienia

To oczywiście nie jest ten słynny przypadek abp. Gocłowskiego, który od dawna nie jest w stanie zadbać o odprawianie Mszy trydenckiej, za to gromi lefebvrystów. Tutaj to wygląda inaczej: zwykli ludzie, zwykła prośba - i kompletny brak chęci i wiedzy u tych, którym zlecono duszpasterstwo. Nawet sił im nie starczyło, żeby przeczytać dokument Benedykta XVI (wygląda na to, że wiedzą o nim tyle, ile było w telewizji). Teraz rozkładają ręce i... No cóż, taki właśnie ma być koniec tej sprawy w tej i tej i jeszcze innej parafii.

Gdy następnym razem usłyszę, że "nie było chętnych do udziału w tej liturgii", dopowiem: chyba księży?

Ale i to nie jest dla mnie pewne. Jeszcze pamiętam przypadek księdza z zachodniej Polski, który zaraz po ogłoszeniu motu proprio odprawił starą Mszę u siebie w parafii - no i zaraz miał telefon z kurii: "co tam się u was wyrabia? przecież ksiądz arcybiskup wyznaczył już kogo innego do odprawiania tej Mszy!" I zaraz mi się przypomina dwóch następnych księży z podobnymi historiami, z miast w różnych stronach Polski. Chcieli, próbowali - ale powiedziano im: a co, tyle wolnego czasu macie?

Tyle wysiłku, żeby na końcu można było powiedzieć: nie ma chętnych.

sobota, 16 lutego 2008

Normalność "in re" i normalność "in spe"

Wczoraj zadzwonił do mnie ksiądz z Polski południowej, stary prenumerator "Christianitas" (pozdrawiam!). Oddech normalnej rozmowy: rozmawialiśmy o książce bp. A. Schneidera Dominus est, ksiądz wspominał o swej posłudze cotygodniowego odprawiania Mszy tradycyjnej, z czego miły wniosek, że są już w Polsce takie regularne celebry tradycyjne, o których najstarsi polscy tradycjonaliści nie słyszeli). Normalność "in re".

A dziś przeczytałem na blogu ks. Zuhlsdorfa list z Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, w którym wyjaśniono, że każdy seminarzysta "ma prawo" do zapoznania się w seminarium z formą tradycyjną liturgii, a rektorzy seminariów powinni zadbać o wprowadzenie tej treści do programu.



Komisja ED jest dziś ważniejsza niż kiedyś, a ten głos to zapewne zapowiedź treści oczekiwanego dokumentu precyzującego sposoby realizacji Motu proprio Summorum Pontificum. Normalność "in spe".


W obłoku Przemienienia

I przed naszemi oczyma obłok Pański zakrywa kapłanów, dokonywujących przy Ołtarzu tajemnicy przeistoczenia postaci sakramentalnych, pod osłoną milczenia świętego Kanonu. Przez ręce to kapłanów zstępuje ku nam Pan, dzielący z nimi własną wszechwładzę w każdej sakramentalnej czynności.

fot. Paweł Kula

To bezprzykładne uprzywilejowanie pomazańców Bożych ma czysto nadprzyrodzony charakter, niewykluczający właściwej człowiekowi nędzy i ułomności, którym i kapłani, jako ludzie, podlegać mogą, na równi z wiernymi.


Dom Gueranger, Rok liturgiczny, t. V

wtorek, 12 lutego 2008

Msza klasyczna i bp Ignacy Dec

Otrzymałem następującego mejla, który z przyjemnością tu transmituję:

Z radością informuję, że Wideoteka Diecezji Świdnickiej wydała płytę DVD z ponad 80 minutowym nagraniem Mszy Świętej w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, którą 13 stycznia w Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Wałbrzychu odprawił ks. dr Wojciech Grygiel FSSP z asystencją Biskupa Świdnickiego ks. bpa Ignacego Deca.

Płyta DVD jest do nabycia w Księgarni SANCTUS:
http://sanctus.com.pl/szczegoly/458/

a zwiastun filmu można oglądnąć na stronie:
http://www.gloria.tv/?video=ahqhujpdyghqtktmyawh


Deo gratias!

niedziela, 10 lutego 2008

Stacja z nadziejami

Pierwsza niedziela Postu to stacja u św. Jana na Lateranie, a więc w kościele Biskupa Rzymu. To słynna matka wszystkich kościołów.




Dziś w ramach ogłoszeń na Mszy u św. Benona o. Krzysztof zwrócił nam uwagę, że niedługo w tymże kościele święcenia diakonatu otrzyma kleryk Grzegorz Śniadoch. Pamiętam go dobrze, jak przychodził do nas na Mszę, ale także jak był obecny na naszych christianitasowych spotkaniach, zawsze w sutannie, czasami jedyny. Trzeba powiedzieć, że róże mu się nie ścieliły - ale teraz jest już chyba "u siebie", w Instytucie Dobrego Pasterza. Niech Pan Bóg osłania i prowadzi. Qui habitat in adjutorio Altissimi.

sobota, 9 lutego 2008

Sabbatum delicatum, sanctum et gloriosum (Iz 58)

Sobota jest dniem tajemnic: wyraża odwieczny spoczynek Jehowy i równocześnie symbolizuje ów pokój, którego w niebiesiech zakoszujemy po upracowaniu doczesnem. ... Teraz przeto należy gorliwie zabudowywać, co w nas stało pustką od wieków i odwracać kroki nasze od gwałcenia Szabatu Pańskiego i nie szukać swojej woli, która Woli Bożej najczęściej się sprzeciwia. Te warunki spełnijmy, a z całą pewnością dan nam Pan Szabat rozkoszny i święty i chwalebny; i światłem swojem zaleje nam duszę i wyniesie ją na wysokości, a nakarmi dziedzictwem Jakóba i ojców jego.

Dom Gueranger, "Rok liturgiczny", t. IV

piątek, 8 lutego 2008

Św. Grzegorz Wielki: Ex more docti mystico


Z jutrzni Wielkiego Postu:

Jak zwyczaj tajny nas uczy,
Strzeżmy postu, co się mieści
W okresie czasu liczącym
Dni, jako wiemy, czterdzieści.

Najpierw go ustanowili
Stary Zakon i prorocy,
Potem uświęcił go Chrystus,
Król, co wywiódł czas z swej mocy.

Toteż bądźmy oszczędniejsi
W słowie, pokarmie, napoju,
W śnie, zabawie, a gorliwsi
W czuwania pobożnym znoju.

Unikajmy tedy grzechu,
Co płoche dusze opada:
Niech nie ma do nas przystępu
Chytrego tyrana zdrada.

Ułagodźmy gniew karzący
Płaczem przed Sędzi obliczem,
Wołajmy wargą błagalną
My, którzy jesteśmy niczem.

Obrażamy dobroć Twoją,
Boże, złością grzechów wielu;
Racz nam zesłać odpuszczenie
Z niebios Twych, Odkupicielu.

Daj, Trójco błogosławiona,
Dozwól, o prosta Jedności,
Aby wiernym postów dary
Były pełne owocności.

tłum. Leopold Staff

czwartek, 7 lutego 2008

Nie dogodzi

Marek Jurek pisał niedawno w swoim blogu, że zmiana wielkopiątkowej modlitwy "pro Iudeis" wynika z ewangelicznego nastawienia, by zrobić nawet więcej niż wymaga elementarna uprzejmość. Teraz negatywne i gniewne reakcje reprezentatywnych środowisk żydowskich (m.in. Włoskie Zgromadzenie Rabinów, ADL) świadczą o tym, że żydzi oczekiwali znacznie więcej. Wygląda na to, że oczekiwali, abyśmy byli po prostu uprzejmi aż do rezygnacji z naszej wiary w Chrystusa "Zbawiciela wszystkich ludzi". Sprawdza się doświadczalnie to, że problemem w (rzekomym) dialogu katolicko-żydowskim nie jest unikanie niepotrzebnych ostrości sformułowań, ale po prostu sedno sprawy: nasz partner w dialogu chce po prostu, abyśmy nie głosili Ewangelii, i to nawet w trakcie naszych nabożeństw.

Benedykt XVI zmieniając modlitwy z tradycyjnego Mszału 1962 opuścił nie tylko ostre sformułowania (swoją drogą, pochodzenia biblijnego!), ale i pewien styl tamtej modlitwy - moim skromnym zdaniem styl, który bardziej kojarzył się z tym, aby żydów nawrócić do tego, w co my wierzymy; na to miejsce weszły sformułowania ukazujące mocno bezgraniczny uniwersalizm misji zbawczej Chrystusa - a w związku z tym uwarunkowanie zbawienia od więzi z Chrystusem. A więc jeszcze wyraźniej widać, że modlimy się nie o to, by żydzi przyjęli jakieś przekonania religijne - ale wprost o to, by zostali zbawienie przez wiarę w Chrystusa, do zbawienia koniecznie potrzebną. To jest nauka Nowego Testamentu, przypomniana w 2000 roku w deklaracji Dominus Iesus.

No i cóż teraz? Moim zdaniem po raz kolejny stanęliśmy w momencie gorzkiej prawdy o dialogu katolicko-żydowskim. Zupełnie jak w roku Pasji Gibsona, gdy okazało się, że w istocie problemem - dla żydowskich autorytetów i dla dialogowych ekspertów - jest nie ta czy inna scena, lecz ewangeliczny oryginał relacji o Chrystusie. Teraz widzimy, że problemem jest nie to czy inne sformułowanie z modlitw wielkopiątkowych, ale sama prawda chrześcijaństwa, to "roszczenie prawdziwości", które zawarte jest w rdzeniu naszej wiary.

A swoją drogą ciekawe, że modlitwa z Mszału 1970 już takich protestów nie budzi. Powiedziałbyś, że modlitwę tę można odmawiać zarówno z wiarą w powszechną misję zbawczą Chrystusa - jak i bez tej wiary. Oto modlitwa, która nikomu nie przeszkadza.

wtorek, 5 lutego 2008

Aby uznali jedynego Zbawiciela

Papież zmienił modlitwy Wielkiego Piątku w mszale tradycyjnym - a właściwie tylko dwie modlitwy, odnoszące się do żydów. Teraz obowiązujący w celebracjach według "starszej formy rytu rzymskiego" tekst tych modlitw jest różny zarówno względem obowiązującego w edycji Mszału Rzymskiego 1962, jak i względem Mszału Pawła VI.
Uważam, że ta decyzja Ojca Świętego to potrójny sygnał.
Najważniejszy jest ten, że Papież poleca nam się modlić o to, aby także żydzi uznali Chrystusa za jedynego Zbawiciela wszystkich ludzi - a to uznanie jest potrzebne do zbawienia, także do zbawienia całego Izraela. To jest tradycyjna nauka katolicka, i jak widać nic się tu nie zmieniło. Ze starych modlitw odjęto tylko ostre sformułowania, ale nie ich istotną treść. Mamy więc nadal modlić się o nawrócenie żydów, a znaczenie Chrystusa jako Zbawiciela wszystkich zostało zaznaczone nawet mocniej niż w dawniejszych tekstach, jakby w odpowiedzi na wątpliwości rozsiewane przez zwolenników tezy o "osobnej drodze żydów".
Sprawa druga: przez tę mikro-reformę Benedykt XVI wyraźnie pouczył wszystkich, że "starszej formy" można używać także w celebracjach Triduum Sacrum - to niby jasne, ale nie wszyscy to zrozumieli, i np. w "Tygodniku Powszechnym" można było przeczytać, że to niemożliwe. No więc teraz widać wyraźnie, że możliwe, bo inaczej nie zmieniano by jednej z modlitw i nie nakazywano, aby była używana ta poprawiona.
Wreszcie trzeci sygnał: Papież traktuje Mszał tradycyjny jako element normalnego życia liturgicznego Kościoła, właśnie taki, nad którym czuwa jako Najwyższy Pasterz i którego poprawność gwarantuje.
Jedyne czego w tym na razie nie rozumiem, to fakt, że o tej zmianie dowiadujemy się przez "notę Sekretariatu Stanu" - ale zapewne to tylko komunikat uprzedzający bardziej oficjalne i pertynentne formy prawne.