czwartek, 7 lutego 2008

W sobotę na Freta - o dialogu

W najbliższą sobotę 9 lutego wezmę udział w dyskusji u dominikanów, na temat dialogu w Kościele (czyli w sumie na temat wałkowany na tego rodzaju spotkaniach od lat - ale można znowu, czemu nie). Program tego spotkania jest tutaj.

środa, 6 lutego 2008

O Chrystusie w "Tygodniku Powszechnym"

W ubiegłym tygodniu zostałem poproszony przez "Tygodnik Powszechny" o wypowiedź w ankiecie nt. "kim jest dla ciebie Chrystus". Zgodziłem się, tekst napisałem i wysłałem - dzisiaj ktoś z przyjaciół zadzwonił z wiadomością, że moja wypowiedź została umieszczona obok odpowiedzi Manueli Gretkowskiej i Stanisława Krajewskiego - przyznam więc, że w dość niezwykłym zestawieniu. Nie mam pod ręką papierowego "Tygodnika", za to w edycji internetowej zacytowano tylko jedną wypowiedź ankietową - właśnie p. Gretkowskiej, która napisała: "Dogmaty są znakami na pasie startowym w niebo. Gdy samolot uniesie się w górę, nie dotyczą go wbite w ziemię tablice. Nawet te kamienne..."
Ciekawe, że "Tygodnik" właśnie tę metaforę zaproponował jako znak rozpoznawczy swojej ankiety "chrystologicznej". W sumie to dość zgrany motyw: dogmaty jako prawdy dla początkujących, dla maluczkich, dla tych, którzy jeszcze nie dość wzbili się w niebo - to było już tyle razy, zwykle w ustach tych, którzy najwyraźniej czuli się pasażerami owego samolotu, który wzbił się na wysokości i pozostawił daleko za sobą "kamienne tablice"! Przypominam sobie teraz wszystkie te wyznania ludzi o samopoczuciu mistyków - i jakoś nie wydają mi się przekonujące. Owszem, pachną duchowością bardzo odległą od chrześcijaństwa: neoplatońską, gnostycką, buddyjską... w każdym razie nie tą związaną z prawdą o "Słowie, które stało się ciałem". Istnieje bowiem analogia między trwałym i konkretnym powiązaniem Bóstwa i człowieczeństwa w Chrystusie - a trwałym i konkretnym sformułowaniem prawdy o Chrystusie w pojęciach dogmatów. Traktowanie dogmatów jako "znaków na pasie startowym" jest porównywalne do lekceważenia człowieczeństwa w Chrystusie (bo kto już odkrył w Nim Bóstwo, zostawia za sobą Jego człowieczeństwo?). A jest właśnie tak, że Bóstwo jest nam komunikowane przez człowieczeństwo - a wieczna Prawda udostępnia się w jej trwałym odwzorowaniu dogmatycznym. Inaczej mówiąc, tak jak Chrystus nigdy już nie przestanie być także człowiekiem - tak dogmaty nigdy nie przestaną być pomnikami prawdy o Bogu, nawet wtedy gdy będziemy na nie patrzyli z drugiej strony. Pamiętam powieść, w której zaświaty zdefiniowano jakoś tak: wszystko inaczej niż tu, ale jest tam ten sam Chrystus. To samo można powiedzieć o dogmatach: będziemy na nie patrzyli inaczej niż tutaj, ale będziemy je tak samo szanowali. Co ciekawe, myśli tego rodzaju znajdziemy np. u św. Teresy z Avila, mimo że karmelici to najbardziej mistycznie "odlotowa" z wielkich duchowości chrześcijańskich.
No cóż, tyle myśli a propos zajawki ankiety ze strony "Tygodnika". Nie wiem jeszcze, czy moja wypowiedź ukazał się bez zmian - ale zamieszczam tu to, co wysłałem do TP:

Wierzę w to, że w historii Jezusa obecny jest zarazem powszechnik losu człowieczego i misterium Bożego Logosu, zstępującego „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia”. Zginąłbym bez tej teleskopowej Prawdy o historii, o człowieku i o Bogu-Zbawcy.

Uczestniczyłem kiedyś, jeszcze jako student w latach 80., w rekolekcjach młodzieżowych, w trakcie których ksiądz poprosił, abyśmy podchodzili do mikrofonu i mówili „kim jest dla mnie Jezus Chrystus”. Nie było chętnych, i zaczynaliśmy się czuć trochę jak przepytywani na „spontanicznych” Mszach dla dzieci – ale w końcu z nawy wyłonił się starszy pan i do mikrofonu trzymanego przez rekolekcjonistę powiedział, że Jezus Chrystus to „Syn Boży i Zbawiciel”. Powiedział więc w skrócie to samo Credo, które w trakcie tej liturgii „mówiliśmy” wielokrotnie, słowem i ciałem, wszyscy jako zgromadzeni w Kościele – i za ten brak oryginalności i personalizacji został natychmiast ukarany przez dysponenta mikrofonu, który wyraźnie rozczarowany domniemanym rytualizmem tego wyznania, wezwał tym razem, aby mówić raczej o tym, kim Jezus jest „dla ciebie” i „tak naprawdę”. Doczekał się: za chwilę wszyscy usłyszeliśmy wyznanie dziewczyny, mówiącej – na wysokim emocjonalnym C świadectwa – że „co prawda nie wierzy w Jezusa (jest ateistką), ale bardzo go szanuje i nawet czuje z nim jakiś nieuchwytny kontakt”.

Pamiętam dobrze swoje reakcje z tamtego czasu: jak byłem zgorszony całym tym konferansjerskim rytualizmem rekolekcjonisty, jak w stosunku do spostponowanego starszego pana mieszało mi się uczucie wdzięczności, poczucie wspólnoty „katechizmowej” wiary i rodzaj żalu, że jego wyznanie nie było tak atrakcyjne – oraz jak wyznanie dziewczyny równocześnie burzyło mi krew swoją niefrasobliwą wewnętrzną sprzecznością, ale i kusiło do odkrywania w tym wzniosłych paradoksów Deus absconditus.

Dziś, po latach, wciąż nie mam chęci podchodzić do mikrofonu w ramach anty-rytualnego rytuału „autentycznych świadectw”. Swój osobisty stosunek do Pana Jezusa wyrażam, gdy wraz z Kościołem recytuję pradawne Credo, klękam przy słowach o Wcieleniu, na imię Jezus pochylam głowę, czynię co mogę, aby uczcić Go w Komunii… Wszystko to z nadzieją, aby „umysł zgadzał się z głosem”, a codzienne życie z tymże umysłem. I dlatego wyrwany do mikrofonu, nie powiedziałbym nic więcej poza tym, czego nauczył mnie Kościół realnej obecności, Pisma, papieży, soborów i dogmatów. Wszystko inne to słoma, produkt łatwopalny.

Popielec



Dom Prosper Gueranger, Rok liturgiczny, t. IV (Sandomierz 1931):

Liturgiczny obrzęd popiołów dzisiejszych, w pierwiastkowem Chrześcijaństwie udzielany był tylko grzesznikom, odprawiającym publiczną pokutę kościelną. Ceremonja odbywała się w ten sposób: przed rozpoczęciem Mszy św. czekali oni w oznaczonej świątyni, wobec ludu tłumnie zgromadzonego. Na ręce kapłanów składali publiczne wyznanie winy, otrzymując w zamian odzienie z włosiennicy i posypanie głowy popiołem. Po tym akcie, duchowieństwo i lud padali krzyżem na ziemię, głośno odmawiając razem siedm Psalmów pokutnych. Kończyła obrzęd wspólna procesja, w której pokutnicy, boso, postępowali za orszakiem wiernych. Doszedłszy do wrót świątyni, odwracał się Biskup i do pokutujących przemawiał w te słowa: «Oto dla grzechów waszych wyłączamy was z Kościoła, jak z raju wygnał Bóg pierwszego człowieka Adama, po upadku jego». Chór śpiewał jeszcze responsorja, ułożone ze słów Pisma, przypominającego klątwę Bożą nad grzesznym ludzkim rodzajem, a po ich ukończeniu zamykały się drzwi kościelne. Otwierano je pokutnikom uroczyście dopiero w Wielki Czwartek, po solennej ceremonji publicznego otrzymania rozgrzeszenia.

Publiczna pokuta kościelna poczęła wychodzić z użycia w wieku XI; utrzymał się jednak i nadal, zwyczaj posypywania głowy popiołem, w środę Pięćdziesiątnicy i z czasem stał się ogólnie obowiązującym w rzymskiej Liturgji Chrystusowej. Wierni dawniej zdejmowali obuwie na tę chwilę, w kornej postawie zbliżając się do kapłana, dla otrzymania przejmującego ostrzeżenia Kościoła. Jeszcze w XII wieku, dopełnił wszystkich przepisów ceremonjału sam Papież i towarzyszący mu kardynałowie, procesjonalnie idący z kościoła św. Anastazji do św. Sabiny, rzymskiej stacji dzisiejszej. Obecnie przestały już obowiązywać surowe zewnętrzne przepisy; lecz rozumienie ich myśli i ducha, koniecznem jest dla dzieci Kościoła, czerpiących niemałą korzyść wewnętrzną z uczestniczenia w obrzędach kultu katolickiego.


wtorek, 5 lutego 2008

Aby uznali jedynego Zbawiciela

Papież zmienił modlitwy Wielkiego Piątku w mszale tradycyjnym - a właściwie tylko dwie modlitwy, odnoszące się do żydów. Teraz obowiązujący w celebracjach według "starszej formy rytu rzymskiego" tekst tych modlitw jest różny zarówno względem obowiązującego w edycji Mszału Rzymskiego 1962, jak i względem Mszału Pawła VI.
Uważam, że ta decyzja Ojca Świętego to potrójny sygnał.
Najważniejszy jest ten, że Papież poleca nam się modlić o to, aby także żydzi uznali Chrystusa za jedynego Zbawiciela wszystkich ludzi - a to uznanie jest potrzebne do zbawienia, także do zbawienia całego Izraela. To jest tradycyjna nauka katolicka, i jak widać nic się tu nie zmieniło. Ze starych modlitw odjęto tylko ostre sformułowania, ale nie ich istotną treść. Mamy więc nadal modlić się o nawrócenie żydów, a znaczenie Chrystusa jako Zbawiciela wszystkich zostało zaznaczone nawet mocniej niż w dawniejszych tekstach, jakby w odpowiedzi na wątpliwości rozsiewane przez zwolenników tezy o "osobnej drodze żydów".
Sprawa druga: przez tę mikro-reformę Benedykt XVI wyraźnie pouczył wszystkich, że "starszej formy" można używać także w celebracjach Triduum Sacrum - to niby jasne, ale nie wszyscy to zrozumieli, i np. w "Tygodniku Powszechnym" można było przeczytać, że to niemożliwe. No więc teraz widać wyraźnie, że możliwe, bo inaczej nie zmieniano by jednej z modlitw i nie nakazywano, aby była używana ta poprawiona.
Wreszcie trzeci sygnał: Papież traktuje Mszał tradycyjny jako element normalnego życia liturgicznego Kościoła, właśnie taki, nad którym czuwa jako Najwyższy Pasterz i którego poprawność gwarantuje.
Jedyne czego w tym na razie nie rozumiem, to fakt, że o tej zmianie dowiadujemy się przez "notę Sekretariatu Stanu" - ale zapewne to tylko komunikat uprzedzający bardziej oficjalne i pertynentne formy prawne.

środa, 18 kwietnia 2007

PiS - czym był lub mógł być, a czym już nie będzie (?)

Nowe wyzwania i szanse zmieniają ludzi. W początku lat 90., po konflikcie z Wałęsą, Kaczyńscy najpierw tworzyli po kolei różne nieudane PC-towskie kadrówki, zbierające się wokół postulatów „oczyszczenia państwa” - bez żadnego powodzenia, a z zasobami ludzkimi symbolizowanymi przez obecnego posła Suskiego. Jednak Kaczyńscy szybko odkryli, iż kluczem do sytuacji jest budowa potężnej formacji prawicowej – równocześnie tak wielonurtowej jak niegdyś AWS, ale zbudowanej na zasadzie wyrazistego przywództwa. Ten projekt, głównie dzięki osobistej charyzmie i pracy Jarosława Kaczyńskiego, okazał się pozytywnym przełomem w smutnych dziejach prawicowych niedoli. W jego ramach „jak u siebie” poczuł się nie tylko wąski elektorat przepływający od dawna za Kaczyńskimi, lecz i inne środowiska, które właśnie w nich dostrzegły gwarantów sukcesu całości.

I tak właśnie obok postsanacyjnych „żoliborszczyków” stanęli katoliccy konserwatyści, nigdy nie kryjący, że do projektu PiS wchodzą wraz z programem odbudowy cywilizacji chrześcijańskiej i ochrony ładu opartego na prawie naturalnym.

Tak więc – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? W roku 2003 prezes PiS Jarosław Kaczyński podpisał uchwałę kongresu założycielskiego partii, w której czytamy m.in.: „W pierwszym rzędzie upominamy się o respektowanie podstaw chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu i o duchowo-moralny wymiar jedności Europy. … Szczególne znaczenie przypisujemy kwestii ochrony życia od chwili poczęcia, godności małżeństwa i wychowania”. Prawo i Sprawiedliwość uznało za jedną ze swych podstaw nauczanie Jana Pawła II o cywilizacji życia, zawarte w encyklice Evangelium vitae.

PiSowscy konserwatyści mieli więc podstawy, by sądzić, że partia, do której weszli, jest czymś na kształt amerykańskiej Partii Republikańskiej – wspólnotą polityczną, w której zdefiniowane na różnych odcinkach przez rozmaite środowiska cele po ich wpisaniu do wspólnego programu są realizowane solidarnie przez wszystkich: o ile więc wszyscy działają razem w zdefiniowanych przez nurt PC kwestiach takich jak bezpieczeństwo państwa, walka z korupcją, lustracja itp., o tyle nie mniej poważnie i zdecydowanie traktowane są przez całą partię przedstawione przez nurt konserwatywny kwestie tożsamości chrześcijańskiej i cywilizacji życia. Nie chodziło tu zresztą o wymianę politycznych usług, lecz o przeświadczenie, że każdy wnosi coś, co pozostali uważają za godne starań wszystkich i realizują pod niekwestionowanym przywództwem Kaczyńskich.

Ostatnie wydarzenia wskazują jednak na to, że w umyśle prezesa PiSu i jego otoczenia myśl o powtórzeniu w Polsce tak rozumianej formuły „republikańskiej” przegrywa coraz wyraźniej z dość starym marzeniem o zbudowaniu partii chadeckiej, wzorowanej na niemieckiej CDU. Jeśli tak, to stanowcze żegnanie się Marka Jurka z PiSem można uznać za jedyne możliwe wyjście dla katolickiego konserwatysty. O ile bowiem wariant „republikański” zakłada, że są kwestie, w których to właśnie konserwatyści definiują cele wszystkich – o tyle w formule chadeckiej, zgodnie z tym co widzimy i w CDU, i w Europejskiej Partii Ludowej, to inni definiują konserwatystom wszelkie sposoby i granice działania. I tak na Republikanów głosują konserwatyści chrześcijańscy dlatego, że wiedzą, iż przynajmniej w niektórych, lecz ważnych sprawach, partia ta jako całość realizuje ich przekonania – za to na chadecję głosują już tylko dlatego, że zostali przekonani, iż nie mają innego wyjścia, że każde inne rozwiązanie będzie gorsze lub bezowocne.

Postępowanie prezesa PiS w sprawie ochrony życia w Konstytucji było dokładnym zaprzeczeniem formuły republikańskiej, a wyborem formuły chadeckiej. Nie dość, że ujawniło głęboki brak osobistego zrozumienia dla wagi sprawy – to równocześnie podważyło samą zasadę konstrukcyjną PiSu, z którą łączyły się nadzieje na tworzenie na prawicy partii równocześnie wielkiej i solidarnej. Co więcej, prezes Kaczyński właśnie w tej sprawie złamał te zasady, przy pomocy których budował siłę PiSu: podczas gdy w wielu innych, czasem o wiele mniej ważnych sprawach, potrafi grać „na przełamanie” – w sprawie ochrony życia całkowicie skapitulował przed walką, a nawet machał białą flagą gdy Jurek prowadził z jego upoważnienia rozmowy polityczne w tej sprawie. Prezes nie przewidział skali zdeterminowanego poparcia, jakie projekt nowelizacji konstytucji miał w samym PiSie. Najwyraźniej też ani przez moment nie potrafił zaufać Marszałkowi Sejmu, wietrząc zgoła obsesyjnie jakiś podstęp „radykałów” i nie umiejąc niemal do końca nawiązać realnej współpracy przy tworzeniu porozumienia wokół szeroko akceptowanego projektu nowelizacji art. 30.

Zwykle tak świetnie łapiący na węch szansę zwycięstwa, tutaj ujrzał ją dopiero w ostatnim momencie, na chwilę przed głosowaniem – za późno. Stracił instynkt polityczny, bo tak silne jest w nim utrwalone w latach 90. przekonanie, że chodzi o sprawę nie do wygrania – strach tylko pomyśleć, co by było gdyby Jarosław Kaczyński wszystkie swoje dzisiejsze działania polityczne mierzył skromnymi możliwościami z czasów PC. Nigdy nie zbudowałby PiSu.
A jednak zbudował tę obiecującą partię, właśnie dzięki odwadze sięgania po to, co rzekomo „niemożliwe”, wbrew owemu słynnemu imposybilizmowi – aby teraz krok po kroku pozbawiać ją atutów odważnego myślenia i sondowania ukrytych możliwości. Do niedawna prezes Kaczyński pokazywał nam przecież coraz częściej, że ta wielka partia może być jednak co jakiś czas mniejsza o którąś ze swych myślących indywidualności politycznych (Mikosz, Marcinkiewicz, Sikorski, Dorn…), a co bardziej niezależnych sprzymierzeńców swych reformatorskich projektów (np. Wildsteina) zastępuje chętnie osobami dyspozycyjnymi. Z zaskoczeniem i goryczą przyglądaliśmy się także działaniom, które – jak nowelizacje ustawy lustracyjnej – prowadzą do samolikwidacji procesu, który stanowił jedno z podstawowych założeń IV RP. Wciąż nie może wystartować solidna polityka prorodzinna – choć może to dobrze, jeśli miałoby się to skończyć promowanym przez minister Kluzik-Rostkowską post-peerelowskim planem powiększania sieci żłobków przyzakładowych, a nie sprawiedliwą polityką obciążeń podatkowych. Z wolna zmierzamy do sytuacji, w której po wielkim projekcie reformy państwa pozostanie pomysł, aby budować prawicę wokół… dalszej walki z przestępczością. A to jednak za mało jak na „stronnictwo wielkiego celu”.

Oto miejsce, w którym dziś jest “projekt PiS”.

piątek, 14 lipca 2006

Niefrasobliwi skrupulanci (o upadku myśli konserwatywnej)

Napisałem niedawno o lumpen-konserwatystach - i nieprzypadkowo właśnie tak. Sam się dziwię tym połączeniem, zgoła paradoksalnym: jak może dochodzić do tego, że idei konserwatywnych (a może też normalnego życia przy okazji?) chce ktoś bronić niewybrednymi intelektualnie i moralnie chwytami (najbardziej zagadkowa jest ta dziwna niechęć do czytania książek - o ile nie mówią tego, co “już wiemy”, i o ile przekraczają wymiarami rozprawę np. czcigodnego śp. Michaela Daviesa, dzielnego autodydakty, o doktrynie wolności religijnej - popisywanie się kpinami z nieczytanego dzieła naukowego tylko dlatego, że ma sześć opasłych tomów, źle świadczy o sposobie bycia takiego kpiarza). Wszystko byłoby jeszcze w porządku, gdyby to pochodziło od jakichś chłopięcych “kamelotów” lub konserwatywnie nastawionych włościan - ale tu mamy etykietkowy creme-de-creme “myśli”, co nie tyko książki, ale nawet “dekalogi” redaguje. Dlatego właśnie: lumpen-. Z “dywizem” między “lumpen” i “konserwatyści” - gdyż jednak te dwie substancje przelewające się po głowach “zachowawców” łączą się jak woda z oliwą. Do wglądu w publicystyce strony www.konserwatyzm.pl
A więc konserwatyści pozujący na lumpów - czy raczej lumpy pozujące na konserwatystów? To trudna do wyjaśnienia proporcja, zachodząca w osobowościach panów noszących swoje osobiste zadry zwolnionego asystenta poselskiego i traumę byłego doradcy premiera… Buzka. Doprawdy, charaktery krystaliczne i osiągnięcia kontrrewolucyjne.
Ale nie o tym chciałem tutaj pisać. Nie o kilku panów tu chodzi - lecz o być czy nie być konserwatywnej myśli sprzężonej z konserwatywnym życiem. O to się martwię - i tego w istocie dotyczyła, od lat, dyskusja z poważnym rozmówcą - Jackiem Bartyzelem.

Jest to dyskusja o wierności zasadom - i o pracy polegającej na realizacji tych zasad; o widzeniu “głębin Bytu” - i o ryzyku życia; o dziedzictwie christianitas, dzięki któremu żyjemy - i o sposobie bytowania tejże christianitas w naszym świecie, w niekorzystnych dla niej warunkach porewolucyjnych; także o publicystyce - i o polityce. Także dyskusja o tym, w jaki sposób dokonuje się uprawnionej aktualizacji tego, co otrzymaliśmy.

Dyskusja ta, którą toczyliśmy w różnych warunkach w gronie przyjaciół “Christianitas”, zyskuje teraz dość szczególne podsumowanie w publicznej wymianie polemicznej między Jackiem Bartyzelem i mną (choć w tej polemice występuje też, w o wiele ważniejszej niż moja roli, osoba Marka Jurka). Ze swej strony zamknę tę sprawę kiedy indziej.

Chcę jednak zwrócić już teraz uwagę na zjawisko, które - jak sądzę - może być przedmiotem troski prof. Bartyzela, i to zaraz obok ostatnio szeroko przezeń omawianego zagrożenia rozpłynięcia się tradycjonalistów w odmętach demokracji liberalnej. Chodzi o zjawisko, które nazwę fenomenem “niefrasobliwych skrupulantów”. O samo sedno moralne postawy nazwanej przeze mnie zgryźliwie “lumpen-konserwatyzmem”.
Z pozoru trudno jest połączyć niefrasobliwość i skrupulanctwo. Jest to wręcz niemożliwe, jeśli oba składniki miałyby dotyczyć tej samej rzeczywistości. Co innego jeśli skrupulanctwo dotyczy idei, a niefrasobliwość - życia. To tak jakby ktoś latami szlifował gramatykę, prowadził boje z językowymi nabytkami lub błędami, tępił ogniście zarzucenie genetivu pluralis z końcówką “-yj” - ale nie miał ochoty z nikim poważnie rozmawiać, być dla niego zrozumiałym i - natrafiwszy na otwartość - zwyczajnie się dogadać. Można odnieść wrażenie, że to zapamiętałe szlifowanie gramatyki w żadnym razie nie jest motywowane zamiarem porozumiewania się w kultywowanym języku. Tu właśnie przedziwnie les extremites se touchent, dwie skrajnie różne postawy, skrupulanctwo i niefrasobliwość, okazują się pozostawać w życiowym, pragmatycznym związku, wprost się warunkują i wzajemnie wspierają: ten, kto “idealizuje” tożsamości (idealizuje w sensie platońskim, a nie potocznym), ten oczywiście nie szuka ich w naszym “świecie podksiężycowym” - raczej każdą spotkaną tu realizację bliskiej idei traktuje z góry jako podejrzane naśladownictwo, zniechęcającą imitację, o którą nie warto się troszczyć - i którą trzeba po skrupulancku napiętnować jako nie-ideę; z drugiej strony, ten, kto z jakichś powodów woli traktować otaczający świat z przymrużeniem oka, ten jeśli nie jest jedynie bon vivantem i chce mieć samopoczucie ideowca - będzie swe ideały odsuwał możliwie najdalej od tegoż świata, w którym żyje, oczywiście ze specyficzną troską o “czystość idei”.

Oto wewnętrzny związek skrupulanctwa i niefrasobliwości - skrupulanctwa “strażnika idei”, toczącego ewentualnie wojny o przecinki i “dywizy”, i niefrasobliwości w bardzo szczególnym przyjęciu za swoje dewizy “niech zginie ten świat”.

W postaci skrajnej ten związek niefrasobliwości i skrupulanctwa czy rygoryzmu definiuje niemal każdą gnozę. Ale na szczęście bardzo rzadko mamy do czynienia z gnozą - chyba że z gnózką. O wiele częściej są to różne formy ulegania “gnostyckiej” pokusie, bez wyznawania gnostyckich poglądów. To niestety dotyczyć może - i dotyczy - także osób i środowisk o zacięcie antygnostyckiej ideologii - wtedy gdy “gnostycka” postawa egzystencjalna wypełnia od wewnątrz ludzi, którzy na pozór i w świetle głoszonych zasad nie powinni mieć z takimi postawami nic wspólnego.

Choroba “niefrasobliwego skrupulanctwa” ma dziś wszelkie widoki na objęcie swym wpływem świadomych i przekonanych konserwatystów. To między innymi kwestia naszego dziejowego “ciśnienia”, kruszącego charaktery coraz bardziej rozdarte między poziomem wyznawania idei i przebywania w świecie obcym tym ideom. W tych warunkach kto chce nadal wyznawać idee konserwatywne i do końca nie zgorzknieć, zderza się wielokrotnie z pokusą niefrasobliwości w ocenach świata, który wielu konserwatystów traktuje jak matrix - mimo że mieszkają w nim rzeczywiści ludzie i rzeczywiste społeczeństwa. Tymczasem to ich myślenie i idee przekształcają się w matrix o konserwatywnych rysach i z bitwami kontrrewolucji zbyt podobnymi do rozgrywania w zaciszu emeryckich partyjek warcabów - a realne obowiązki, z pozoru o wiele skromniejsze i mniej kolorowe od rozmachu tych “bitew”, idą w zapomnienie.

To niezwykle charakterystyczne, że ludziom tak ukształtowanym stanowisko w służbie publicznej kojarzy się najsilniej z byciem opłacanym i z wszelkim złem “pójścia na żołd” - a nie z wysiłkiem robienia czegoś w dobrej sprawie. Najwidoczniej w takim właśnie świecie pojęć kwitnie ich myślenie i siła polemiczna - w takim manichejskim świecie, w którym były młody doradca premiera nauczył się, że jego doradzanie jest tylko braniem kasy od podłych “socjalistów” z AWSu, u boku premiera-protestanta. Teraz już wszelka praca dla państwa polskiego z tym mu się kojarzy. Zepsucia są, jak widać, trwałe. A życie z nimi musi być podłe, nie zazdroszczę.
Nad tym, wyłuszczonym nieco wyżej, problemem “niefrasobliwego skrupulanctwa” chciałbym się pochylić razem z prof. Jackiem Bartyzelem - gdyż jest to ważny problem wychowawczy dla osób odpowiedzialnych za morale środowisk konserwatywnych. Wydaje mi się, że chodzi tu o problem naprawdę ważny, a jak dotąd bardzo rzadko omawiany. W wielkiej dysproporcji do stawiania rozmaitych eskapizujących - a przecież też nie pozbawionych gruntu - obaw przed wchodzeniem w sprawy świata.

Moją ulubioną lekturą jest między innymi Chestertona Człowiek, który był czwartkiem. Ta opowieść, nosząca podtytuł: “koszmar”, mówi o dzielnym człowieku, który został poddany szczególnej próbie: został zwerbowany do konspiracji policjantów walczących ze światowym spiskiem - jednak na końcu okazuje się, że była to tylko próba, a istnienie i świata, i groźnego spisku staje się raczej problematyczne, jakby było snem. Książkę tę bardzo lubię - lecz sądzę, że od nas, poza książką, wymaga się więcej: realnej walki w realnym świecie. To nasza próba, którą potraktujmy równie poważnie co nasze idee.

niedziela, 9 lipca 2006

Publicyście, nie Profesorowi

Pan Profesor Jacek Bartyzel jest kanonicznym historiografem prawicy, a zwłaszcza prawicy kontrrewolucyjnej – drugiego takiego w Polsce nie mamy. Kto chce dowiedzieć się z polskiego tekstu, czym była Action Française, co myśleli Chateaubriand czy de Bonald, albo Donoso Cortes, lub jaka była relacja włoskiej prawicy i faszyzmu – nie tylko może, lecz wręcz powinien albo musi zajrzeć do prac profesora Bartyzela, na czele z właśnie wznowioną „summą” Umierać, ale powoli. Z całą pewnością nie ma w Polsce dzieła, które ukazywałoby z równie benedyktyńską starannością mrówczą pracę ludzi, którzy wobec inwazji Rewolucji starali się uchronić zarówno idee, jak i realne życie cywilizacji chrześcijańskiej. Nie ma też w Polsce drugiego autora, który taką summę historii idei politycznych potrafiłby tak pieczołowicie rozpostrzec, i to pracując nad nią w atmosferze faktycznego i prozaicznego ryzyka dla swej uprzedniej kariery czy pozycji akademickiej teatrologa. Spotkały się i objęły w tym dziele wiedza i pasja. Wiedza, którą podziwiamy, i pasja, którą podzielamy.

Jacek Bartyzel bywa jednak również publicystą starającym się recenzować bieżące wydarzenia z perspektywy idei królewskiej. Staje tu każdorazowo przed typowo platońskim wyzwaniem przemierzenia odległości między nieporuszonością świata idei, w którym bytuje definiowana przez Bartyzela „partia Boga i króla”, a realną życiowością „świata powstawania i ginięcia”, w którym trwa – opisywana w jego dziełach historycznych - obrona naziemnej cywilizacji chrześcijańskiej.

Z lektury tekstów publicystycznych Jacka Bartyzela można uzyskać potwierdzenie, że odległość między tymi dwoma światami jest oszałamiająco duża. Na pewno przede wszystkim dlatego, że nasz świat życia psuje się za szybko i odpycha swoje życiodajne dziedzictwo – w sumie jest już od niego tak daleko, że wręcz trudno mu je rozpoznać, mimo że wciąż z niego korzysta i dzięki niemu trwa. Biorąc pod uwagę ten straszny stan rzeczy, można by także publicystyczne wystąpienia Bartyzela uznać za cenny, choć bolesny głos sumienia, pełnego pamięci o naszych dumnych łacińsko-chrześcijańskich memorabiliach. Ten głos przypomina o sprawach zapominanych i zwłaszcza w chwilach próby zachowuje ostrość słusznego napomnienia.

Teksty Bartyzela są jednak świadectwem także tego, że przebywanie na planetach idei bardzo utrudnia orientowanie się w codziennym ruchu ludzkich społeczeństw, a także przeszkadza w jakichkolwiek pozatekstowych formach kontrrewolucji czy rekonkwisty – i przypomina starą prawdę, zdroworozsądkową i Tomaszową, że mądrzy ludzie nie zawsze są ludźmi roztropnymi, czyli że w sprawach kierowania biegiem życia zawsze lepszy jest człowiek roztropny niż tylko (!) mądry.

Wkraczając w dziedzinę bieżących ocen i żywej publicystyki, tacy ludzie wyłącznie mądrzy zachowują się z reguły nadal jakby tkwili za swym biurkiem, obcując z ideami, a nie ludźmi i ich życiem – a maniera ta staje się nieznośna właśnie dlatego, że przecież oceniają już nie idee, lecz ludzi, nie intencje, lecz działania. Zwykle brak im konkretnego doświadczenia moralnego w pozaliterackim działaniu na rzecz Sprawy, której zasady i dzieje w płaszczyźnie państwowej potrafili opisywać – i bez tegoż doświadczenia rzucają swój autorytet i ocenę w wir życia, do którego mają głównie wstręt.

Nic dziwnego, że produkty tego rodzaju chwilowych wtargnięć owych „idealistów” w świat konkretów zdradzają z miejsca jakąś intelektualną bezsilność eskapisty, pragnienie wymierzenia temu światu nie tyle sprawiedliwości, ile policzka. Szczególnie charakterystyczna jest głęboka niechęć do rozpoznawania zjawisk nowych – są one oglądane niemal wyłącznie przez okulary innych zjawisk, nieco starszych: i tak np. współpraca księży z bezpieką jest tylko casusem modernistycznej zdrady prawd wiary, a np. ostatnie zmiany na szczytach polskiej władzy są „rozumiane” wyłącznie w kluczu wydarzeń rewolucji (anty)francuskiej. Oba te przypadki są alarmującym objawem zaskakującego symplicyzmu intelektu, który – na innym terenie – przyzwyczaił nas do samodzielności i przenikliwości.

Niestety na tym nie koniec: moralnie niekonsekwentne zaangażowanie w oceny dotyczące spraw świata żywych zaburza czasami nawet kultywowany w umysłach „idealistów” ład idei. Gdy w jednym z wystąpień Jacka Bartyzela czytamy np. namiętny protest przeciw użyciu przez Sejm RP (i to z inicjatywy Marszałka Sejmu) pojęcia „judeochrześcijańskie dziedzictwo moralne Europy”, możemy sobie zdać sprawę, jak mechaniczna jest ta gniewna reakcja: autor być może nie zwrócił w ogóle uwagi, że twórcy uchwały wskazali na rzeczywiste i historyczne źródło fundamentalnego odrzucenia zachowań homoseksualnych w naszym świecie. Tym źródłem nie jest – helas! – dziedzictwo Grecji i Rzymu (tak bardzo docenione i przez Jacka Bartyzela, i przez eurokratów od eurokonstytucji), lecz biblijny, właśnie judeochrześcijański rdzeń moralnych przekonań, wpojonych Europie. To właśnie wystarczyło zrozumieć, aby nie przypisywać Marszałkowi Sejmu intencji judaizowania chrześcijaństwa na spółkę z zamorskimi neocons’ami lub wskrzeszania herezji starożytnych judaisantes. Trzeba się po prostu rozglądać po świecie, który się opisuje – rejestrując m.in. takie fakty jak to, że przeciw planowanej paradzie gejowskiej w Jeruzalem protestują wspólnie – właśnie wspólnie - katolicy, żydzi i muzułmanie. I że to działanie nie da się ze wstrętem podpiąć pod modernistyczne próby „parlamentu religii”.

Patrząc na niezwykle bogatą twórczość naukową profesora Jacka Bartyzela, można dojść do wniosku, że ceną zapłaconą za powstanie tego dzieła musiało być swoiste akademickie wyobcowanie z potocznego biegu rzeczy. Profesor za tę cenę zbudował swoją suwerenność intelektualną, a jego samotny autorytet ma w sobie coś z mocy mędrca z pustelni. Wybrał drogę, która odłączyła go od koterii i klik, a nawet jakiejkolwiek gry zespołowej. Byłoby dla nas wszystkich dużą stratą, gdyby ten samotny autorytet zmiksował się dziś drogą prób publicystycznych z do cna publicystyczną aktywnością młodzieńczych lumpen-konserwatystów – ludzi na ogół dobrze wykształconych, którzy jednak w swej pasji polemiczno-napastniczej gotowi są użyć każdej formy retoryki ad personam, każdego prostackiego podejrzenia i każdego sztubackiego resentymentu do czytania grubszych książek teologicznych czy badania trudniejszych problemów teoretycznych.

Czy Profesor czuje się dobrze właśnie w towarzystwie takich demagogów, jest oczywiście tajemnicą jego samopoczucia – jednak od siebie powiem, że Jacek Bartyzel bardziej mi pasuje do, co prawda nielicznych, ludzi, którzy typ swych argumentów próbują uzgodnić z ważkością swych zasad. Bardziej mi pasuje wśród swych kolegów z antykomunistycznej i niepodległościowej opozycji – niż wśród przebierańców ancien regime’u. Bardziej wśród ludzi wypróbowanych w tyglu przesłuchań, internowania i PRL-owskich beznadziei – niż wśród ludzi teoretyzujących dziś o dobrodziejstwach Jaruzela (który w noc grudniową „reprezentował Państwo, czyli siły Ładu”) lub bohaterskim nacjonalizmie Miloszevića i upajających się kabotyńsko własną ekstra-prawicowością w uścisku z Januszem Korwinem-Mikke.

Mnie to towarzystwo nie w smak. I właśnie dlatego, a wbrew niechęci podejmowania tej decyzji z szacunku dla Profesora, postanowiłem zrezygnować z, kiedyś zaszczytnej, obecności w wąskim kręgu Straży Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Przyjąłem zaproszenie do udziału w tym kolegium właśnie z rąk profesora Bartyzela – a dziś z powodu dokonującej się w ostatnim czasie ostrej demagogizacji KZ-M czuję się zmuszony z niego wystąpić, zdając sobie zresztą sprawę, że to właśnie jest między innymi celem całego serialu zwróconych przeciw mnie nieprzytomnych wystąpień reprezentantów Klubu. Od kilku lat moja tam obecność nie miała zresztą już żadnego realnego znaczenia, gdyż gremium to o niczym już nie decyduje i nawet się nie zbiera. Tym samym występuję też z Rady Programowej „Pro Fide, Rege et Lege”, na którego linię od lat też nie mam żadnego wpływu. Przyszedł więc dzień, by symboliczne członkostwo symbolicznie porzucić – zostawiając za sobą także szanowanych przyjaciół, lecz strząsając pilnie z sandałów proch tego miejsca, w którym zepsuto powietrze.