Pokazywanie postów oznaczonych etykietą intus legere. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą intus legere. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2008

Rzecz o niepodzielności dobra wspólnego

Ciąg dalszy rozmyślań o złotym środku między nominalizmem i augustynizmem, tym razem w porządku społecznym.

Oba wspomniane sposoby myślenia obecne są na prawicy. Różnią się prawie we wszystkim co możliwe - ale jedno mają wspólne: są gotowe dzielić dobro wspólne społeczności politycznej.

Takie dzielenie w wykonaniu naszych prawo-liberałów (czyli jednak nominalistów) wygląda np. tak, że dopuszczają oni rezygnację z definiowania "sfery wartości" w prawach krajowych lub europejskich. Ten przekaz dobrze znany z aktualnych debat o UE: nie boksujmy się z lewicą o wpisywanie tych czy innych "wartości", ale dogadajmy się kompromisowo, że regulujemy tylko sprawy administracyjne. Ludziom umęczonym "wojnami ideologicznymi" wydaje się to idealnym rozwiązaniem lub przynajmniej dobrym kompromisem. Ale kłopot w tym: czy taki podział dobra wspólnego - podział przez przemilczemie jego części moralnej - jest w ogóle realistyczny? Czy można tak załatwić wspólne życie ludzi i relacje całych społeczeństw? Wydaje się, że na dłuższą metę nie, że jest to czysty konstrukcjonizm.

Tak to jest z nominalistami, którzy wolą pomilczeć o moralności. A jak to jest z augustynikami? Czy nie wręcz przeciwnie? Oni chcą przecież uregulować przede wszystkim wspólne odniesienie do naczelnych zasad moralnych - a już raczej zdarza im się okazywać desinteressement w innych, "nie-wartościowych" sferach wyboru. Czasem zdają się sygnalizować: interesuje nas tylko kilka wybranych kwestii, tych najważniejszych - i rzeczywiście robią wrażenie, jakby reszta ich nie interesowała, może nudziła. A więc czy przypadkiem nie robią czegoś podobnego do "dzielenia dobra wspólnego"? Dla mnie jest jasne, że wybrali lepszą cząstkę, że zapewniają polityce moralny standard i kotwicę dla życia społecznego - przeto ich ewentualny błąd jest zupełnie innej klasy niż błąd nominalistów. A jednak: za bardzo są skłonni dzielić to co Bóg złączyl: moralny rdzeń życia i jego pomyślny bieg.

To może być błąd zabójczy dla prawicy chcącej być czymś więcej niż regulatorem debaty. Przecież każda polityka realna musi być propozycją całościową: musi dawać ludziom nadzieję, że nie będą zmuszeni do życia w "podzielonym świecie". Wniosek: trudno i darmo, dobra wspólnego nie wolno dzielić.

Zobacz także:
Dobro i dobra
Nihil ne plus?

piątek, 14 marca 2008

Nihil ne plus?

Soliloquia św. Augustyna mają na początku ten słynny i brzemienny w konsekwencje dialog, w którym autor ustala ze swym rozumem przedmiot rozmyślań:
- Chcę poznać Boga i duszę.
- Nic więcej?
- Nic zupełnie.
Taki właśnie był Augustyn i taki jest augustynizm - że wszystko w nim raczej prędzej niż później staje się refleksją religijną. W środku rzeczywistości wyróżniające się trwaniem: Bóg i dusza. Poza nimi, rzekłbyś, choćby potop - i jest to dobre powiedzenie nie tylko w optyce neoplatońskiej metafizyki, ale i w kontekście chaosu politycznego czasów Augustyna. To wszystko jest zrozumiałe - w środku tego całego chaosu są dwa punkty stałe, dwie sprawy godne uwagi i dwie rzeczy wyróżniające się niezmiennym trwaniem.

A przecież nie taki jest potencjał kultury katolickiej. Ona ma w sobie potężną zdolność budzenia zaciekawienia, wrażliwości lub empatii skierowanej ku sprawom rozchodzącym się w coraz szerszych kręgach coraz dalej od tego Augustynowego centrum zainteresowań. "Nic więcej?" Ależ nie, wciąż więcej i więcej! Etienne Gilson pokazał nam jak bardzo bezinteresowne pod względem religijnego utylitaryzmu i bardzo wynikające z chrześcijaństwa były pasje filozofów średniowiecza; a Stanley Jaki mówił to samo w odniesieniu do nauk z przełomu średniowiecza i renesansu.

Czy wszyscy chrześcijanie chcieli iść tak daleko poza swe najwspanialsze minimum, "Boga i duszę"? Nie, i zawsze są tacy, którzy gotowi są na "nic więcej, nic zupełnie". Ja jednak lubię tę odwagę, tę zaprogramowaną w nas przez Boga ciekawość natury, w sumie cały ten nurt kultury, który mój przyjaciel Marek Jurek nazywa chętnie, chyba za Parnickim, "humanizmem katolickim". Wszystko to, co istnieje, godne jest choćby odrobiny szacunku i zaciekawienia - także dlatego, że sam Bóg pochylił się nad tym ze swą stwórczą rozumną wolą.


piątek, 7 marca 2008

Dobro i dobra

Ludzką skłonnością jest stygmatyzowanie tego, czego sobie odmawiamy - przez jakąś niechęć albo nawet pogardę. To oczywiście zupełnie zrozumiałe, gdy chodzi o rzeczy po prostu złe - ale ma miejsce także w przypadku jakichś dóbr. Mam jednak np. przyjaciela, który od lat jest abstynentem - przekonanym i naprawdę wiernym swej przysiędze - który równocześnie nie popadł w ten charakterystyczny dla wielu abstynentów rodzaj antyalkoholowej goryczy. I w ten sposób jest dla mnie dużym zbudowaniem: gdy widzę, jak na przyjęciach odmawia trunków zawsze z takim wyraźnym zrozumieniem dla ich dobrego smaku i - by użyć tu nauki biblijnej o winie rozweselającym serca - wartości duchowych. A nie z typowym dla abstynentów snuciem pieśni o szkodliwości picia. Kto chce niech to nazwie pięknym franciszkanizmem.

Przypomniało mi się to a propos niedawnych lektur zajęciowych z filozofii średniowiecznej. Czytaliśmy "De consolatione" Boecjusza. Tam w trzeciej księdze jest wykład Pani Filozofii o tym, dlaczego rzeczy materialne, zaszczyty, sława, władza, rozkosze itp. nie mogą być właściwym szczęściem człowieka. Boecjusz mówi klarownie, argumentuje sprawnie - i co ciekawe nigdzie nie zaperza się i nie obrzydza sobie tych dóbr mniejszych niż Bóg. To jest ta klasa: znać wartość spotykanego dobra - i wiedzieć, że te prawdziwe dobra są po prostu mniejsze niż Dobro, które Bóg przewidział dla głodu człowieka i godności chrześcijanina.

A jednak nie wszyscy wymowni święci tak właśnie mówią - popatrzcie tylko na św. Augustyna, jak często sieje contemptus mundi. Może więc to jest inny realizm: że większość z nas, aby przekonać się do Dobra największego i wiecznego, musi na takim czy innym poziomie awersji - "znienawidzieć" te mniejsze i nietrwałe? Jeśli tak, to jest to oczywiście właściwa transakcja psychologiczna ułatwiająca wytrwanie w Dobru. Ale fakt faktem: dobra tego świata, chciane i stworzone przez Boga, nie są winne naszych rozterek. Zło rodzi się w sercu.

niedziela, 17 lutego 2008

Kataryzm jako wyzwanie intelektualne

Wiadomo bardzo dobrze, że kataryzm był dla Kościoła poważnym wyzwaniem moralnym: jak większość herezji, i on żywił się jakąś zgnilizną społecznych grzechów, tutaj zapewne jakimiś zachłyśnięciami dobrobytu. Odpowiedzią musiało być świadectwo radykalizmu w praktykowaniu ubóstwa - i dobra doktryna o pochodzeniu świata materialnego od jedynego, dobrego Boga. To dawali dominikanie i franciszkanie, każdy z tych zakonów po swojemu.

Ale rzadko uświadamiamy sobie to, że problematyka postawiona przez kataryzm pobudziła refleksję teologów do jednego z najważniejszych skoków myślowych łacińskiego średniowiecza: odkrycia najpierw transcendentalnego charakteru dobra (tego, że wszystko co istnieje jest dobre po prostu dlatego że jest), a potem w ogóle szerokiej doktryny transcendentaliów. Tak naprawdę ta ostatnia była pierwszym zupełnie własnym odkryciem filozoficznym Łacinników. Autorzy z kręgu Uniwersytetu Paryskiego zrobili ten ważny krok około połowy XIII wieku. To dziwne, ale nikt wcześniej nie postawił tego tak kategorycznie: coś jest dobre dlatego że jest. Z tego samego powodu jest jednością i prawdą. Filip Kanclerz, mistrzowie franciszkańscy, św. Albert, św. Tomasz - to oni powiedzieli to pierwsi w filozofii. Wieki wcześniej powiedziało to Pismo: rzeczy są dobre, bardzo dobre.


czwartek, 14 lutego 2008

Off line, in life

W środę przed południem popsuł mi się internet - co ma swoje dobre strony, bo natychmiast ma się więcej czasu. W sumie bardzo mi to pasuje, bo robię ostatnie poprawki w swojej książce historycznofilozoficznej, a temu abstynencja internetowa ogromnie sprzyja. Te ostatnie poprawki dają mi poczucie, że te już długie lata powolnego dłubania jednak nie idą na marne. Mimo wszystkich burz, w które wskakiwałem z ogromną werwą, udało się też zachować stabilność ducha dla tych spraw wymagających jej w stopniu zupełnie szczególnym.

Na dodatek przez cały czas zachowuję mocne przeświadczenie, że te z pozoru "bardzo abstrakcyjne" sprawy opisywane w książce - metafizyka XIII wieku - nie oddalają mnie od aktualności, lecz właśnie dają jej rozumiejące widzenie. Co innego, że akurat to piszę zapewne dla kilkudziesięciu ludzi w kraju, może dla kilkuset wliczając ludzi skłonnych do wielkodusznego wychodzenia poza swe specjalizacje.

Czasem myślę, że w życiu przyszło mi grać na naprawdę szerokim fortepianie: jego klawiatura rozciąga się od artykułów o pobożnie spędzonej niedzieli do analiz z Analityk wtórych Arystotelesa, od bieżącej publicystyki dla gazet do opracowań z najnowszej historii liturgii. Kto takiego grania próbował, ten wie jak trudno czasem nie pogubić się w stylach i targetach.

Czasem już zapominam jak dużo znaczyły dla tej niezbędnej stabilności te najgorętsze lata pasji filozoficznej. I sądzę, że do dziś potężny wpływ na to co i jak myślę, ma zarówno to całe spotkanie z realizmem Tomasza, jak i konkretniej opracowanie u niego teorii ciała ludzkiego. Tak właśnie: uważam, że zajęcie się antropologią i w niej takim cielesnym tematem ukierunkowuje mnie do dziś, włącznie z tym odkryciem znaczenia tradycji, liturgii, sakramentu, instytucji, każdej "inkarnacji". Obecna praca z teorii bytu ma trochę inną genezę, ale też zaznaczył się w niej wątek konkretnego zakorzenienia refleksji teologów-metafizyków z Paryża w długiej tradycji łacińskiej.

poniedziałek, 11 lutego 2008

Cherlacy czy twardziele? (2)

Odpowiadając na mój post Cherlacy czy twardziele?, dotyczący faktycznie sposobu podporządkowania natury łasce, owner dał w zasadzie coś, co mógłbym nazwać klasycznym wykładem tej problematyki. Wykład ten nazwę klasycznie katolickim także w tym sensie, że rozpoznaję w nim prawdy, w które zawsze z Kościołem wierzyłem. Podstawowy zespół stwierdzeń ownera uważam jednak raczej za start niż za metę, raczej za konieczne światło niż oświetlony przedmiot. To nie jest zresztą wyrzut, bo przecież sam zaznaczyłem wątpliwość czy poruszone kwestie są rozwiązywalne w takim wyłącznie pryncypialnym dyskursie. Słusznie pisze owner, że rozwiązanie dokonuje się tu dzięki roztropności, a ta wyraża się w sądach konkretnych.

To rzekłszy, chciałbym jednak jeszcze coś sprecyzować, a coś sprostować. Po pierwsze, oczywiście chodziło mi raczej o obszar decyzji i życia pozostawiony bardziej pewnej swobodzie wolnej woli, a nie to, co opieczętowane (potencjalnie, w mocy Kościoła, lub także aktualnie, w prawej woli konsekrowanego) sakralnym "wyłączeniem ze zwykłego użycia". Inaczej mówiąc, nie chodziło mi o jakąś kolejną dyskusję na temat "nienaturalności" celibatu itp., ale właśnie o to, czy i jak łaska może dysfunkcjonować naturę - ciągnąc ją przy tym wyżej.

To prawda, że problem tak postawiony można bez trudu "załagodzić" tak jak zrobił to owner. Nie jestem jednak pewny, czy to jest właściwe rozwiązanie - rozwiązanie zawsze prawdziwe. Najprawdopodobniej wielu katolików przeżywa swoją wiarę przede wszystkim jako pokój wewnętrzny, a nawet coś w rodzaju "integracji", pełnej rozsądnego umiaru. Gdy jednak np. św. Jan od Krzyża pisze o usterkach w naturalnym funkcjonowaniu zmysłów wewnętrznych (np. pamięci czy wyobraźni) jako o typowych elementach procesu koniecznych oczyszczeń duszy, to właśnie dotyka tej sprawy, o którą mi chodzi. Są to usterki, które nie tylko znosi się dla Boga - ale które są przyjmowane jakby z wdzięcznością, jako uboczny skutek uświęcenia, spalającej obecności Boga. Zresztą cała "ciemna noc" jest przecież, z punktu widzenia natury, jednym wielkim ciągiem dysfunkcji i atrofii. Tylko w tym sensie mówiłem o "wrakach" itp.

Tu dotykamy naprawdę trudnej sprawy, ale owner przypominając klasykę katolicką wskazał jeden z centralnych tropów rozwiązania: udział w Męce. To tak oczywiste, że mogłoby nam tu nie przyjść na myśl tylko pod warunkiem, że męczeństwo traktujemy tylko w najściślejszych ramach trybunału kanonizacyjnego. Ale w swej szerszej istocie męczeństwo - czyli udział w Krzyżu - to jest zgoda - niekoniecznie bierna, czasem waleczna i czynna - na realne szkody, jakie poniesiemy w naszym życiu naturalnym, i to może tam, gdzie już coś jest naturalnie "przewidziane" lub zgoła "należy się" w porządku naturalnej sprawiedliwości czy zwykłego biegu rzeczy.

Może więc jest rzeczywiście tak - stawiajmy sobie tę kwestię otwarcie jak prawdę o nadchodzącej śmierci - że dla naszego dobra bezcenny i darmowy dar Łaski "kosztuje" każdego z nas jakieś naturalne dobro, jakąś małą śmierć? Łaska co prawda nie przychodzi nigdy po to, by zastępować naturę lub ją anihilować (jak np. sądził błędnie Herod obawiający się utraty władzy doczesnej z powodu przyjścia Króla Królów) - ale może jednak każdy Adam i każda Ewa otrzymuje ją wraz z pewnym "podatkiem" na rzecz bojaźni Bożej, z pewnym wewnętrznym żądaniem jakiejś "abstynencji" nie tylko od czegoś będącego złem po prostu?

niedziela, 10 lutego 2008

Cherlacy czy twardziele?

Św. Tomasz pisze, że uzyskiwanie jakiejś wyższej doskonałości jest związane z pewnym umniejszeniem doskonałości niższej (np. intelekt "kosztuje" człowieka mniejszą niż u zwierząt sprawność w niektórych funkcjach zmysłów - choć w sumie i zmysły zostają przez intelekt udoskonalone w innych dziedzinach). To dotyczy natury. A jak to wygląda w przypadku kompleksu natury i łaski, albo inaczej concurrencji natury i nadnatury?

Istnieje taka praktyka chrześcijaństwa, która oparta jest na (czasami milczącym) założeniu, że dla ustrzeżenia daru łaski można lub należy dysfunkcjonować to co naturalne, albo świadomie prowadzić do atrofii niektórych sektorów człowieczeństwa. Istnieje też, zwłaszcza w "nowej teologii" pogląd o tyle radykalnie przeciwny, że głoszący, iż udoskonalenie naturalnej egzystencji jest tym najwłaściwszym owocem daru Bożego.

W skrócie: jedni sugerują, że dla zbawienia warto czy trzeba stać się choćby znerwicowanym wrakiem lub bezdusznym automatem; drudzy natomiast, że chrześcijaństwo to w istocie rozwinięcie i zintegrowanie ludzkich potencjałów, a w końcu udrożnienie kanałów międzyosobowej komunikacji i miłości.

Ta teoretyczna alternatywa bardzo się zaciemnia gdy trzeba ją odczytać w plątaninie decyzji tworzącej konkret życia moralnego. Według mnie prawdziwy problem polega nie na swobodnym wyborze jednej z tych dwóch interpretacji ludzkiej drogi, ale na ustaleniu czy zawsze da się - w warunkach po grzechu pierworodnym - uniknąć perspektywy pierwszej. Czy rzeczywiście jest tak, że dojrzałe, heroiczne chrześcijaństwo to stan tworzący supermanów, zawsze usatysfakcjonowanych kochanków, skutecznych biznesmenów i polityków, najsubtelniejszych pojęciowo myślicieli, najbardziej stylowych pisarzy... Nie chodzi o zbieżność wiary i popularności, ale o zbieżność zasługi w łasce i postępu w człowieczeństwie.

Odruchowo skłaniam się zawsze do uratowania doskonałości natury, wraz z jej typowymi rozbłyskami w postaci bystrości umysłu filozoficznego, fantazji w tworzeniu opowieści lub zdolności zabawy - ale tak naprawdę nie wiem czy przypadkiem nie jest przynajmniej czasem tak, iż dla ustrzeżenia łaski - lub raczej ad maiorem Dei gloriam - musi w nas przegrać nie ten czy inny projekt czy to lub inne uczucie albo ten czy ów składnik osobowości, lecz coś z naszej ludzkiej natury po prostu.

Myślę, że kto na tę wątpliwość odpowiedziałby prostym "nie, nigdy", postąpiłby lekkomyślnie - a z drugiej strony ten, kto "w ogóle nie widziałby w tym problemu", być może grzeszy jakimś jansenizmem. A może nie ma w tej sprawie generalnych odpowiedzi? Wiemy, że koniec końców trzeba by "stracić życie" - ale czy oznacza to tylko chwilę straty, czy może długotrwałe wyciszenie czegoś ludzkiego? Naprawdę nie wiem, jak to jest sub specie aeternitatis, choć na co dzień wolę trzymać się w tym labiryncie strony, na której napisano: łaska nie usuwa natury, lecz ją podnosi.

sobota, 9 lutego 2008

Animal rationale mortale

Saruman był "bystrzejszy" niż Gandalf, więc gdy zaczęło się walić, postanowił znaleźć miejsce dla czarodziejów w Nowym Świecie. Hobbici, z małymi wyjątkami, chcieli żyć w swoim zakątku, nie niepokojeni przez nikogo. Elfowie wzdychali za wiecznym trwaniem, które równocześnie było już nie do zniesienia, pełne melancholii zbyt wielu doświadczeń. Krasnoludy żyły zawsze w świecie postępu technicznego i żądzy złota. A ludzie? To ludzie są głównymi, choć przesuniętymi poza główne światła, bohaterami Władcy Pierścieni. Co zrobią ludzie? Istoty ożywione, rozumne i śmiertelne.

Dzisiaj Saruman znów szuka "własnego miejsca", hobbici pragną "zachowania własnej tożsamości", krasnoludy dają się kupić za błyszczące obietnice modernizacji lub silnego przywództwa. Elfowie ubolewają i chcieliby się stąd wynieść, z paką konserwatywnej literatury pod pachą. Co zrobią ludzie, ta miękka rasa, której przeznaczone jest żyć w rzeczywistości, a nie tylko w micie?

piątek, 8 lutego 2008

Współpraca z Łaską

Od dawien dawna używam określenia "współpraca z Łaską". W latach 80. pachniało mi ono teologią podkreślającą po prostu dyskretne lecz realne współdziałanie natury i nadprzyrodzoności (co już było odkryciem w czasach kiedy w ascetyce i mistyce królowały czytanki z o. de Mello SJ albo ubogie formy duszpasterstwa bez misterium).

Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że to wyrażenie jest wymarzonym wehikułem pewnego kontrowersyjnego stanowiska teologicznego (a w każdym razie nadaje się do tego świetnie). Pasuje mianowicie do molinizmu, czyli jezuickiej teologii uczynku i zasługi, powstałej w końcu XVI w. Moliniści właśnie tymi słowami się posłużyli: w każdym działaniu ludzkim Bóg i człowiek "współpracują", jak dwóch ciągnących barkę. Taki pomysł bardzo rozsierdził tomistów, dominikanów, a efektem tego były wieloletnie debaty w obecności kolejnych papieży (tzw. Kongregacje De auxiliis). Tomiści zyskali poparcie dla swoich zastrzeżeń, ale ostatecznie Rzym nie potępił uroczyście molinizmu, co pozwoliło mu się dalej szerzyć. Trochę jak z innymi kontrowersyjnymi jezuitami (których wyciszano, ale nie do końca).

Dziś tamte spory wydają się egzotycznie subtelne, ale to po części złudzenie wynikające z tego, że nie zawsze chwytamy ich istotę. Tomiści bronili, w tym przypadku razem z Augustynem, prerogatyw Boga wszechmocnego, który jest stwórcą także naturalnej zdolności człowieka do działania, a więc każdy uczynek ludzki poprzedza swoim aktem przygotowania (tomiści mówili po łacinie: praemotio physica). Obie strony dotykały spraw wielkich i stąpały po cienkim lodzie możliwych nieporozumień, a Stolica Apostolska, ta potrydencka, wykazywała się przez lata ogromną delikatnością i nieskłonnością do potępień nawet ułomnych tez.

Mamy inne czasy, inny też poziom herezji, ale przeniesione z innej epoki pojęcie techniczne "współpracy z Łaską" unosi woń ludzkiej dociekliwości na drogach, którymi Pan pociąga nas ku Sobie.

piątek, 14 lipca 2006

Niefrasobliwi skrupulanci (o upadku myśli konserwatywnej)

Napisałem niedawno o lumpen-konserwatystach - i nieprzypadkowo właśnie tak. Sam się dziwię tym połączeniem, zgoła paradoksalnym: jak może dochodzić do tego, że idei konserwatywnych (a może też normalnego życia przy okazji?) chce ktoś bronić niewybrednymi intelektualnie i moralnie chwytami (najbardziej zagadkowa jest ta dziwna niechęć do czytania książek - o ile nie mówią tego, co “już wiemy”, i o ile przekraczają wymiarami rozprawę np. czcigodnego śp. Michaela Daviesa, dzielnego autodydakty, o doktrynie wolności religijnej - popisywanie się kpinami z nieczytanego dzieła naukowego tylko dlatego, że ma sześć opasłych tomów, źle świadczy o sposobie bycia takiego kpiarza). Wszystko byłoby jeszcze w porządku, gdyby to pochodziło od jakichś chłopięcych “kamelotów” lub konserwatywnie nastawionych włościan - ale tu mamy etykietkowy creme-de-creme “myśli”, co nie tyko książki, ale nawet “dekalogi” redaguje. Dlatego właśnie: lumpen-. Z “dywizem” między “lumpen” i “konserwatyści” - gdyż jednak te dwie substancje przelewające się po głowach “zachowawców” łączą się jak woda z oliwą. Do wglądu w publicystyce strony www.konserwatyzm.pl
A więc konserwatyści pozujący na lumpów - czy raczej lumpy pozujące na konserwatystów? To trudna do wyjaśnienia proporcja, zachodząca w osobowościach panów noszących swoje osobiste zadry zwolnionego asystenta poselskiego i traumę byłego doradcy premiera… Buzka. Doprawdy, charaktery krystaliczne i osiągnięcia kontrrewolucyjne.
Ale nie o tym chciałem tutaj pisać. Nie o kilku panów tu chodzi - lecz o być czy nie być konserwatywnej myśli sprzężonej z konserwatywnym życiem. O to się martwię - i tego w istocie dotyczyła, od lat, dyskusja z poważnym rozmówcą - Jackiem Bartyzelem.

Jest to dyskusja o wierności zasadom - i o pracy polegającej na realizacji tych zasad; o widzeniu “głębin Bytu” - i o ryzyku życia; o dziedzictwie christianitas, dzięki któremu żyjemy - i o sposobie bytowania tejże christianitas w naszym świecie, w niekorzystnych dla niej warunkach porewolucyjnych; także o publicystyce - i o polityce. Także dyskusja o tym, w jaki sposób dokonuje się uprawnionej aktualizacji tego, co otrzymaliśmy.

Dyskusja ta, którą toczyliśmy w różnych warunkach w gronie przyjaciół “Christianitas”, zyskuje teraz dość szczególne podsumowanie w publicznej wymianie polemicznej między Jackiem Bartyzelem i mną (choć w tej polemice występuje też, w o wiele ważniejszej niż moja roli, osoba Marka Jurka). Ze swej strony zamknę tę sprawę kiedy indziej.

Chcę jednak zwrócić już teraz uwagę na zjawisko, które - jak sądzę - może być przedmiotem troski prof. Bartyzela, i to zaraz obok ostatnio szeroko przezeń omawianego zagrożenia rozpłynięcia się tradycjonalistów w odmętach demokracji liberalnej. Chodzi o zjawisko, które nazwę fenomenem “niefrasobliwych skrupulantów”. O samo sedno moralne postawy nazwanej przeze mnie zgryźliwie “lumpen-konserwatyzmem”.
Z pozoru trudno jest połączyć niefrasobliwość i skrupulanctwo. Jest to wręcz niemożliwe, jeśli oba składniki miałyby dotyczyć tej samej rzeczywistości. Co innego jeśli skrupulanctwo dotyczy idei, a niefrasobliwość - życia. To tak jakby ktoś latami szlifował gramatykę, prowadził boje z językowymi nabytkami lub błędami, tępił ogniście zarzucenie genetivu pluralis z końcówką “-yj” - ale nie miał ochoty z nikim poważnie rozmawiać, być dla niego zrozumiałym i - natrafiwszy na otwartość - zwyczajnie się dogadać. Można odnieść wrażenie, że to zapamiętałe szlifowanie gramatyki w żadnym razie nie jest motywowane zamiarem porozumiewania się w kultywowanym języku. Tu właśnie przedziwnie les extremites se touchent, dwie skrajnie różne postawy, skrupulanctwo i niefrasobliwość, okazują się pozostawać w życiowym, pragmatycznym związku, wprost się warunkują i wzajemnie wspierają: ten, kto “idealizuje” tożsamości (idealizuje w sensie platońskim, a nie potocznym), ten oczywiście nie szuka ich w naszym “świecie podksiężycowym” - raczej każdą spotkaną tu realizację bliskiej idei traktuje z góry jako podejrzane naśladownictwo, zniechęcającą imitację, o którą nie warto się troszczyć - i którą trzeba po skrupulancku napiętnować jako nie-ideę; z drugiej strony, ten, kto z jakichś powodów woli traktować otaczający świat z przymrużeniem oka, ten jeśli nie jest jedynie bon vivantem i chce mieć samopoczucie ideowca - będzie swe ideały odsuwał możliwie najdalej od tegoż świata, w którym żyje, oczywiście ze specyficzną troską o “czystość idei”.

Oto wewnętrzny związek skrupulanctwa i niefrasobliwości - skrupulanctwa “strażnika idei”, toczącego ewentualnie wojny o przecinki i “dywizy”, i niefrasobliwości w bardzo szczególnym przyjęciu za swoje dewizy “niech zginie ten świat”.

W postaci skrajnej ten związek niefrasobliwości i skrupulanctwa czy rygoryzmu definiuje niemal każdą gnozę. Ale na szczęście bardzo rzadko mamy do czynienia z gnozą - chyba że z gnózką. O wiele częściej są to różne formy ulegania “gnostyckiej” pokusie, bez wyznawania gnostyckich poglądów. To niestety dotyczyć może - i dotyczy - także osób i środowisk o zacięcie antygnostyckiej ideologii - wtedy gdy “gnostycka” postawa egzystencjalna wypełnia od wewnątrz ludzi, którzy na pozór i w świetle głoszonych zasad nie powinni mieć z takimi postawami nic wspólnego.

Choroba “niefrasobliwego skrupulanctwa” ma dziś wszelkie widoki na objęcie swym wpływem świadomych i przekonanych konserwatystów. To między innymi kwestia naszego dziejowego “ciśnienia”, kruszącego charaktery coraz bardziej rozdarte między poziomem wyznawania idei i przebywania w świecie obcym tym ideom. W tych warunkach kto chce nadal wyznawać idee konserwatywne i do końca nie zgorzknieć, zderza się wielokrotnie z pokusą niefrasobliwości w ocenach świata, który wielu konserwatystów traktuje jak matrix - mimo że mieszkają w nim rzeczywiści ludzie i rzeczywiste społeczeństwa. Tymczasem to ich myślenie i idee przekształcają się w matrix o konserwatywnych rysach i z bitwami kontrrewolucji zbyt podobnymi do rozgrywania w zaciszu emeryckich partyjek warcabów - a realne obowiązki, z pozoru o wiele skromniejsze i mniej kolorowe od rozmachu tych “bitew”, idą w zapomnienie.

To niezwykle charakterystyczne, że ludziom tak ukształtowanym stanowisko w służbie publicznej kojarzy się najsilniej z byciem opłacanym i z wszelkim złem “pójścia na żołd” - a nie z wysiłkiem robienia czegoś w dobrej sprawie. Najwidoczniej w takim właśnie świecie pojęć kwitnie ich myślenie i siła polemiczna - w takim manichejskim świecie, w którym były młody doradca premiera nauczył się, że jego doradzanie jest tylko braniem kasy od podłych “socjalistów” z AWSu, u boku premiera-protestanta. Teraz już wszelka praca dla państwa polskiego z tym mu się kojarzy. Zepsucia są, jak widać, trwałe. A życie z nimi musi być podłe, nie zazdroszczę.
Nad tym, wyłuszczonym nieco wyżej, problemem “niefrasobliwego skrupulanctwa” chciałbym się pochylić razem z prof. Jackiem Bartyzelem - gdyż jest to ważny problem wychowawczy dla osób odpowiedzialnych za morale środowisk konserwatywnych. Wydaje mi się, że chodzi tu o problem naprawdę ważny, a jak dotąd bardzo rzadko omawiany. W wielkiej dysproporcji do stawiania rozmaitych eskapizujących - a przecież też nie pozbawionych gruntu - obaw przed wchodzeniem w sprawy świata.

Moją ulubioną lekturą jest między innymi Chestertona Człowiek, który był czwartkiem. Ta opowieść, nosząca podtytuł: “koszmar”, mówi o dzielnym człowieku, który został poddany szczególnej próbie: został zwerbowany do konspiracji policjantów walczących ze światowym spiskiem - jednak na końcu okazuje się, że była to tylko próba, a istnienie i świata, i groźnego spisku staje się raczej problematyczne, jakby było snem. Książkę tę bardzo lubię - lecz sądzę, że od nas, poza książką, wymaga się więcej: realnej walki w realnym świecie. To nasza próba, którą potraktujmy równie poważnie co nasze idee.