poniedziałek, 11 lutego 2008

Cherlacy czy twardziele? (2)

Odpowiadając na mój post Cherlacy czy twardziele?, dotyczący faktycznie sposobu podporządkowania natury łasce, owner dał w zasadzie coś, co mógłbym nazwać klasycznym wykładem tej problematyki. Wykład ten nazwę klasycznie katolickim także w tym sensie, że rozpoznaję w nim prawdy, w które zawsze z Kościołem wierzyłem. Podstawowy zespół stwierdzeń ownera uważam jednak raczej za start niż za metę, raczej za konieczne światło niż oświetlony przedmiot. To nie jest zresztą wyrzut, bo przecież sam zaznaczyłem wątpliwość czy poruszone kwestie są rozwiązywalne w takim wyłącznie pryncypialnym dyskursie. Słusznie pisze owner, że rozwiązanie dokonuje się tu dzięki roztropności, a ta wyraża się w sądach konkretnych.

To rzekłszy, chciałbym jednak jeszcze coś sprecyzować, a coś sprostować. Po pierwsze, oczywiście chodziło mi raczej o obszar decyzji i życia pozostawiony bardziej pewnej swobodzie wolnej woli, a nie to, co opieczętowane (potencjalnie, w mocy Kościoła, lub także aktualnie, w prawej woli konsekrowanego) sakralnym "wyłączeniem ze zwykłego użycia". Inaczej mówiąc, nie chodziło mi o jakąś kolejną dyskusję na temat "nienaturalności" celibatu itp., ale właśnie o to, czy i jak łaska może dysfunkcjonować naturę - ciągnąc ją przy tym wyżej.

To prawda, że problem tak postawiony można bez trudu "załagodzić" tak jak zrobił to owner. Nie jestem jednak pewny, czy to jest właściwe rozwiązanie - rozwiązanie zawsze prawdziwe. Najprawdopodobniej wielu katolików przeżywa swoją wiarę przede wszystkim jako pokój wewnętrzny, a nawet coś w rodzaju "integracji", pełnej rozsądnego umiaru. Gdy jednak np. św. Jan od Krzyża pisze o usterkach w naturalnym funkcjonowaniu zmysłów wewnętrznych (np. pamięci czy wyobraźni) jako o typowych elementach procesu koniecznych oczyszczeń duszy, to właśnie dotyka tej sprawy, o którą mi chodzi. Są to usterki, które nie tylko znosi się dla Boga - ale które są przyjmowane jakby z wdzięcznością, jako uboczny skutek uświęcenia, spalającej obecności Boga. Zresztą cała "ciemna noc" jest przecież, z punktu widzenia natury, jednym wielkim ciągiem dysfunkcji i atrofii. Tylko w tym sensie mówiłem o "wrakach" itp.

Tu dotykamy naprawdę trudnej sprawy, ale owner przypominając klasykę katolicką wskazał jeden z centralnych tropów rozwiązania: udział w Męce. To tak oczywiste, że mogłoby nam tu nie przyjść na myśl tylko pod warunkiem, że męczeństwo traktujemy tylko w najściślejszych ramach trybunału kanonizacyjnego. Ale w swej szerszej istocie męczeństwo - czyli udział w Krzyżu - to jest zgoda - niekoniecznie bierna, czasem waleczna i czynna - na realne szkody, jakie poniesiemy w naszym życiu naturalnym, i to może tam, gdzie już coś jest naturalnie "przewidziane" lub zgoła "należy się" w porządku naturalnej sprawiedliwości czy zwykłego biegu rzeczy.

Może więc jest rzeczywiście tak - stawiajmy sobie tę kwestię otwarcie jak prawdę o nadchodzącej śmierci - że dla naszego dobra bezcenny i darmowy dar Łaski "kosztuje" każdego z nas jakieś naturalne dobro, jakąś małą śmierć? Łaska co prawda nie przychodzi nigdy po to, by zastępować naturę lub ją anihilować (jak np. sądził błędnie Herod obawiający się utraty władzy doczesnej z powodu przyjścia Króla Królów) - ale może jednak każdy Adam i każda Ewa otrzymuje ją wraz z pewnym "podatkiem" na rzecz bojaźni Bożej, z pewnym wewnętrznym żądaniem jakiejś "abstynencji" nie tylko od czegoś będącego złem po prostu?

Lourdes: 150 lat po


Łuk mój ukaże się na niebiosach i wspomnę na przymierze Moje z wami (Rdz 2, 14n)

O Maryjo, bez zmazy pierworodnej poczęta,
módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

TW Mieczysław

Dopiero dziś zajrzałem na stronę IPNu z wypisem agenturalnym Bogusława Kowalskiego, mojego znajomego sprzed lat. Poznaliśmy się gdzieś około 1984 (ja wtedy byłem jeszcze w liceum, a BK na pierwszym roku historii). Byliśmy razem na sesji o Dmowskim w Krakowie. Zapamiętałem go jako sympatycznego człowieka, ideowego i trochę jeszcze oszołomionego przyjazdem na studia do Warszawy.

Druga rozmowa, którą mocniej zapamiętałem, odbyła się wtedy gdy BK nagle odwiedził mnie - też chyba w 1984 - w domu z wyraźnym pragnieniem oddania się do usług - gdyż był pod wrażeniem jakiejś nieprawdopodobnej plotki, że będę kierował komisją młodzieżową PZKSu po objęciu władzy przez ekipę endecką (wieść o tyle dziwna, że nie byłem członkiem PZKSu i byłem jeszcze licealistą). Przyznam, że to spotkanie trochę mnie rozbawiło i trochę też naruszyło mój dotychczasowy obraz szlachetnej naiwności mojego kolegi. A jakiś czas potem - ale musiało już minąć całkiem sporo czasu - BK umówił się ze mną w Ogrodzie Łazienkowskim, żeby zaproponować mi udział w swoim (?) projekcie "przejęcia kontroli" nad młodzieżowym nurtem PRONu (swoją drogą, ciekawe czy takie coś istniało?). Mój rozmówca podchodził do tego z ogromną powagą i opisywał w języku socjologii organizacji, ale jakoś mnie to nie przekonało, i w tym odważnym przejęciu kontroli nie zauczestniczyłem.

Jak widzę, wszystko to było jeszcze przed zwerbowaniem BK przez SB w 1986 (choć rozmowa w parku mogła być już potem). Z lat jego agentury nie mam wielu wspomnień - mijaliśmy się na korytarzach UW, gdzie Bogusław organizował jakieś spotkania "na temat Elementarza etycznego Karola Wojtyły" i apelował o tworzenie środowiska "milczącej większości".

Kiedy jedyny raz w swym życiu zetknąłem się z próbą nakłonienia mnie do współpracy przez esbeka, chwalił się on znajomością różnych okoliczności moich zaangażowań w nielegalną endecję. Kto wie, może to "Mieczysław" dostarczył coś z tej wiedzy? Esbek odczytywał coś o mnie z jakichś gryzmołów.

Potem, niestety, nasze drogi z BK znów się na moment skrzyżowały: jakoś w 1989 BK skontaktował się z redakcją drugoobiegowych "Nowych Horyzontów" i przedstawiając się jako człowiek zaufania londyńskich władz Stronnictwa Narodowego zaproponował podjęcie próby wydania pisma w oficjalnym obiegu. Niestety zgodziliśmy się na współpracę z nim, a efektem było przejęcie przez BK całkowitej kontroli nad pismem, mimo że nominalnie naczelnym byłem ja. Złożyłem dymisję z funkcji już chyba przy drugim numerze, ale lojalnie względem pisma nie wycofałem nazwiska ze stopki (co było błędem przesadnej szlachetności).

Według akt IPN teczka TW Mieczysław została zniszczona w styczniu 1990. Ktoś na pewno odetchnął.

Następnym razem BK zadzwonił do mnie na przełomie 1992 i 1993 roku, jako naczelny "Myśli Polskiej", przeniesionej właśnie do kraju. Przyjąłem propozycję stałej rubryki, ale nasza współpraca skończyła się znów bardzo szybko, chyba po miesiącu lub dwóch (miałem wrażenie, że BK potrzebował mnie w tym czasie w ramach legitymacji przed starymi endekami z Londynu). Zdążyłem opublikować kilka tekstów, a potem "Myśl" zerwała tę współpracę z dnia na dzień. I dobrze, bo potem nieźle nią "rzucało", tak że skład szacownej rady programowej coraz bardziej się wyludniał.

Po tym epizodzie obiecałem sobie, że już nigdy i przenigdy żadnych propozycji BK nie przyjmę - i mam wrażenie, że i on uznał to za prawdziwe zakończenie, bo już w późniejszych latach nie musieliśmy się znosić. Mijaliśmy się czasem tu i ówdzie - np. w klasztorze franciszkanów na Zakroczymskiej, gdzie byłem w związku z nagraniem jakiegoś programu dla Telewizji Niepokalanów, a BK chyba był w tę telewizję jakoś "wkręcony". Potem w 1995 ze zdumieniem zobaczyłem Bogusława w tv jako głównego sztabowca Wałęsy w wyborach prezydenckich - nieźle mnie zdziwił ten przeskok BK z niszy na szczyty procesu politycznego, choć w zapleczu. Wtedy zresztą zaczęło się mówić na mieście bardziej wprost o BK jako o "oficerze" (taki "skrót myślowy" z mrugnięciem okiem). Już nikogo tak mocno nie dziwiło promowanie kandydatury gen .Wileckiego w wyborach prezydenckich 2000. Poprzez SNy przeszedł do LPRu, a w ten sposób znów trafił w wir wielkiej polityki przełomu 2005/2006. Był moment, że na nim "wisiała" szansa porozumienia PiS-LPR, ale ostatecznie Kaczyński i Giertych dogadali się sami, a BK musiał sobie tworzyć osobne koło złożone z osobistości formatu posła Bestrego. Co ciekawe - o czym może mało się pamięta - to właśnie parlamentarzyści tego koła (Ruchu, a jakże, Ludowo-Narodowego) zwrócili się do RPO o obronę praw obywatelskich abp. Stanisława Wielgusa (co rzecznikowi Kochanowskiemu dało asumpt do zajęcia się tą sprawą i powołania komisji, która wydała opinię zupełnie sprzeczną z oczekiwaniami wnioskodawców z RLN). Koniec końców, BK został jakoś zasymilowany przez PiS i wszedł z jego listy do obecnego sejmu. No i w trybie automatycznego ujawnienia papierów parlamentarzystów jego "x-files" zostały niedawno ujawnione, co skończyło czas podejrzeń, a otworzyło czas "ewidencji".

Czy Bogusław Kowalski, czyli TW Mieczysław, jest właśnie dobrym przykładem owego typu narodowca głęboko zasymilowanego z PRLem, który opisywałem parę razy na moim blogu? I tak, i nie. Tak - bo owszem, BK pracował cały czas w strukturach myślowych i ludzkich środowiska narodowego. Nie - bo BK nie był nigdy typem "rasowego endeka", raczej kręcił się w pobliżu, jak życzliwy sąsiad z przeciwka, od którego pomocy kiedyś się uzależniasz, a on organizuje ci życie, tak jak BK swego czasu "pomógł" londyńskiemu SNowi i środowiskom narodowym w kraju.

Gdy BK związany był w latach 80. z Fundacją "Laborem Exercens", żartowaliśmy, że to pewnie Fundacja Collaborem (bo jej prezes był kiedyś po prostu komisarycznym szefem PZKSu). Jednak długo nie zdawałem sobie sprawy, że ten żart jest tak smutnie prawdziwy.

Zobacz także:
Zdrajca obok, cz. 1
Zdrajca obok, cz. 2
Problem osobistego doświadczenia
Endecy i SB

Stacja: San Pietro in Vincoli

niedziela, 10 lutego 2008

Cherlacy czy twardziele?

Św. Tomasz pisze, że uzyskiwanie jakiejś wyższej doskonałości jest związane z pewnym umniejszeniem doskonałości niższej (np. intelekt "kosztuje" człowieka mniejszą niż u zwierząt sprawność w niektórych funkcjach zmysłów - choć w sumie i zmysły zostają przez intelekt udoskonalone w innych dziedzinach). To dotyczy natury. A jak to wygląda w przypadku kompleksu natury i łaski, albo inaczej concurrencji natury i nadnatury?

Istnieje taka praktyka chrześcijaństwa, która oparta jest na (czasami milczącym) założeniu, że dla ustrzeżenia daru łaski można lub należy dysfunkcjonować to co naturalne, albo świadomie prowadzić do atrofii niektórych sektorów człowieczeństwa. Istnieje też, zwłaszcza w "nowej teologii" pogląd o tyle radykalnie przeciwny, że głoszący, iż udoskonalenie naturalnej egzystencji jest tym najwłaściwszym owocem daru Bożego.

W skrócie: jedni sugerują, że dla zbawienia warto czy trzeba stać się choćby znerwicowanym wrakiem lub bezdusznym automatem; drudzy natomiast, że chrześcijaństwo to w istocie rozwinięcie i zintegrowanie ludzkich potencjałów, a w końcu udrożnienie kanałów międzyosobowej komunikacji i miłości.

Ta teoretyczna alternatywa bardzo się zaciemnia gdy trzeba ją odczytać w plątaninie decyzji tworzącej konkret życia moralnego. Według mnie prawdziwy problem polega nie na swobodnym wyborze jednej z tych dwóch interpretacji ludzkiej drogi, ale na ustaleniu czy zawsze da się - w warunkach po grzechu pierworodnym - uniknąć perspektywy pierwszej. Czy rzeczywiście jest tak, że dojrzałe, heroiczne chrześcijaństwo to stan tworzący supermanów, zawsze usatysfakcjonowanych kochanków, skutecznych biznesmenów i polityków, najsubtelniejszych pojęciowo myślicieli, najbardziej stylowych pisarzy... Nie chodzi o zbieżność wiary i popularności, ale o zbieżność zasługi w łasce i postępu w człowieczeństwie.

Odruchowo skłaniam się zawsze do uratowania doskonałości natury, wraz z jej typowymi rozbłyskami w postaci bystrości umysłu filozoficznego, fantazji w tworzeniu opowieści lub zdolności zabawy - ale tak naprawdę nie wiem czy przypadkiem nie jest przynajmniej czasem tak, iż dla ustrzeżenia łaski - lub raczej ad maiorem Dei gloriam - musi w nas przegrać nie ten czy inny projekt czy to lub inne uczucie albo ten czy ów składnik osobowości, lecz coś z naszej ludzkiej natury po prostu.

Myślę, że kto na tę wątpliwość odpowiedziałby prostym "nie, nigdy", postąpiłby lekkomyślnie - a z drugiej strony ten, kto "w ogóle nie widziałby w tym problemu", być może grzeszy jakimś jansenizmem. A może nie ma w tej sprawie generalnych odpowiedzi? Wiemy, że koniec końców trzeba by "stracić życie" - ale czy oznacza to tylko chwilę straty, czy może długotrwałe wyciszenie czegoś ludzkiego? Naprawdę nie wiem, jak to jest sub specie aeternitatis, choć na co dzień wolę trzymać się w tym labiryncie strony, na której napisano: łaska nie usuwa natury, lecz ją podnosi.

Stacja z nadziejami

Pierwsza niedziela Postu to stacja u św. Jana na Lateranie, a więc w kościele Biskupa Rzymu. To słynna matka wszystkich kościołów.




Dziś w ramach ogłoszeń na Mszy u św. Benona o. Krzysztof zwrócił nam uwagę, że niedługo w tymże kościele święcenia diakonatu otrzyma kleryk Grzegorz Śniadoch. Pamiętam go dobrze, jak przychodził do nas na Mszę, ale także jak był obecny na naszych christianitasowych spotkaniach, zawsze w sutannie, czasami jedyny. Trzeba powiedzieć, że róże mu się nie ścieliły - ale teraz jest już chyba "u siebie", w Instytucie Dobrego Pasterza. Niech Pan Bóg osłania i prowadzi. Qui habitat in adjutorio Altissimi.