Zapraszamy do udziału w drodze Krzyżowej w dniu 8 lutego o godzinie 17.30 na Placu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Obecnie chrześcijanie w dziesiątkach krajów podlegają bardzo brutalnym represjom - krajami największego ucisku jest Korea Północna gdzie nawet posiadanie Biblii jest karane zsyłką całej rodziny do łagru. Działalność misyjna może zakończyć się śmiercią.
Arabia Saudyjska to kraj szariatu. Arab, który przyjmie chrzest, jest karany śmiercią. Chrześcijanie, którzy pracują tam jako gastarbeiterzy, nie mogą uczestniczyć we mszy św. a wspólne modlitwy, czy przywożenie literatury religijnej jest traktowane jak przestępstwo.
W niektórych stanach Indii rządzonych przez hinduistów chrześcijanie są coraz częściej obiektami ataków - do najbrutalniejszej akcji doszło w zeszłym roku w stanie Orissa w północnowschodnich Indiach.
czwartek, 7 lutego 2008
Jutro: Droga Krzyżowa męczenników XXI wieku
W sobotę na Freta - o dialogu
środa, 6 lutego 2008
O Chrystusie w "Tygodniku Powszechnym"
Ciekawe, że "Tygodnik" właśnie tę metaforę zaproponował jako znak rozpoznawczy swojej ankiety "chrystologicznej". W sumie to dość zgrany motyw: dogmaty jako prawdy dla początkujących, dla maluczkich, dla tych, którzy jeszcze nie dość wzbili się w niebo - to było już tyle razy, zwykle w ustach tych, którzy najwyraźniej czuli się pasażerami owego samolotu, który wzbił się na wysokości i pozostawił daleko za sobą "kamienne tablice"! Przypominam sobie teraz wszystkie te wyznania ludzi o samopoczuciu mistyków - i jakoś nie wydają mi się przekonujące. Owszem, pachną duchowością bardzo odległą od chrześcijaństwa: neoplatońską, gnostycką, buddyjską... w każdym razie nie tą związaną z prawdą o "Słowie, które stało się ciałem". Istnieje bowiem analogia między trwałym i konkretnym powiązaniem Bóstwa i człowieczeństwa w Chrystusie - a trwałym i konkretnym sformułowaniem prawdy o Chrystusie w pojęciach dogmatów. Traktowanie dogmatów jako "znaków na pasie startowym" jest porównywalne do lekceważenia człowieczeństwa w Chrystusie (bo kto już odkrył w Nim Bóstwo, zostawia za sobą Jego człowieczeństwo?). A jest właśnie tak, że Bóstwo jest nam komunikowane przez człowieczeństwo - a wieczna Prawda udostępnia się w jej trwałym odwzorowaniu dogmatycznym. Inaczej mówiąc, tak jak Chrystus nigdy już nie przestanie być także człowiekiem - tak dogmaty nigdy nie przestaną być pomnikami prawdy o Bogu, nawet wtedy gdy będziemy na nie patrzyli z drugiej strony. Pamiętam powieść, w której zaświaty zdefiniowano jakoś tak: wszystko inaczej niż tu, ale jest tam ten sam Chrystus. To samo można powiedzieć o dogmatach: będziemy na nie patrzyli inaczej niż tutaj, ale będziemy je tak samo szanowali. Co ciekawe, myśli tego rodzaju znajdziemy np. u św. Teresy z Avila, mimo że karmelici to najbardziej mistycznie "odlotowa" z wielkich duchowości chrześcijańskich.
No cóż, tyle myśli a propos zajawki ankiety ze strony "Tygodnika". Nie wiem jeszcze, czy moja wypowiedź ukazał się bez zmian - ale zamieszczam tu to, co wysłałem do TP:
Wierzę w to, że w historii Jezusa obecny jest zarazem powszechnik losu człowieczego i misterium Bożego Logosu, zstępującego „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia”. Zginąłbym bez tej teleskopowej Prawdy o historii, o człowieku i o Bogu-Zbawcy.
Uczestniczyłem kiedyś, jeszcze jako student w latach 80., w rekolekcjach młodzieżowych, w trakcie których ksiądz poprosił, abyśmy podchodzili do mikrofonu i mówili „kim jest dla mnie Jezus Chrystus”. Nie było chętnych, i zaczynaliśmy się czuć trochę jak przepytywani na „spontanicznych” Mszach dla dzieci – ale w końcu z nawy wyłonił się starszy pan i do mikrofonu trzymanego przez rekolekcjonistę powiedział, że Jezus Chrystus to „Syn Boży i Zbawiciel”. Powiedział więc w skrócie to samo Credo, które w trakcie tej liturgii „mówiliśmy” wielokrotnie, słowem i ciałem, wszyscy jako zgromadzeni w Kościele – i za ten brak oryginalności i personalizacji został natychmiast ukarany przez dysponenta mikrofonu, który wyraźnie rozczarowany domniemanym rytualizmem tego wyznania, wezwał tym razem, aby mówić raczej o tym, kim Jezus jest „dla ciebie” i „tak naprawdę”. Doczekał się: za chwilę wszyscy usłyszeliśmy wyznanie dziewczyny, mówiącej – na wysokim emocjonalnym C świadectwa – że „co prawda nie wierzy w Jezusa (jest ateistką), ale bardzo go szanuje i nawet czuje z nim jakiś nieuchwytny kontakt”.
Pamiętam dobrze swoje reakcje z tamtego czasu: jak byłem zgorszony całym tym konferansjerskim rytualizmem rekolekcjonisty, jak w stosunku do spostponowanego starszego pana mieszało mi się uczucie wdzięczności, poczucie wspólnoty „katechizmowej” wiary i rodzaj żalu, że jego wyznanie nie było tak atrakcyjne – oraz jak wyznanie dziewczyny równocześnie burzyło mi krew swoją niefrasobliwą wewnętrzną sprzecznością, ale i kusiło do odkrywania w tym wzniosłych paradoksów Deus absconditus.
Dziś, po latach, wciąż nie mam chęci podchodzić do mikrofonu w ramach anty-rytualnego rytuału „autentycznych świadectw”. Swój osobisty stosunek do Pana Jezusa wyrażam, gdy wraz z Kościołem recytuję pradawne Credo, klękam przy słowach o Wcieleniu, na imię Jezus pochylam głowę, czynię co mogę, aby uczcić Go w Komunii… Wszystko to z nadzieją, aby „umysł zgadzał się z głosem”, a codzienne życie z tymże umysłem. I dlatego wyrwany do mikrofonu, nie powiedziałbym nic więcej poza tym, czego nauczył mnie Kościół realnej obecności, Pisma, papieży, soborów i dogmatów. Wszystko inne to słoma, produkt łatwopalny.
Popielec

Publiczna pokuta kościelna poczęła wychodzić z użycia w wieku XI; utrzymał się jednak i nadal, zwyczaj posypywania głowy popiołem, w środę Pięćdziesiątnicy i z czasem stał się ogólnie obowiązującym w rzymskiej Liturgji Chrystusowej. Wierni dawniej zdejmowali obuwie na tę chwilę, w kornej postawie zbliżając się do kapłana, dla otrzymania przejmującego ostrzeżenia Kościoła. Jeszcze w XII wieku, dopełnił wszystkich przepisów ceremonjału sam Papież i towarzyszący mu kardynałowie, procesjonalnie idący z kościoła św. Anastazji do św. Sabiny, rzymskiej stacji dzisiejszej. Obecnie przestały już obowiązywać surowe zewnętrzne przepisy; lecz rozumienie ich myśli i ducha, koniecznem jest dla dzieci Kościoła, czerpiących niemałą korzyść wewnętrzną z uczestniczenia w obrzędach kultu katolickiego.
wtorek, 5 lutego 2008
Aby uznali jedynego Zbawiciela
Uważam, że ta decyzja Ojca Świętego to potrójny sygnał.
Najważniejszy jest ten, że Papież poleca nam się modlić o to, aby także żydzi uznali Chrystusa za jedynego Zbawiciela wszystkich ludzi - a to uznanie jest potrzebne do zbawienia, także do zbawienia całego Izraela. To jest tradycyjna nauka katolicka, i jak widać nic się tu nie zmieniło. Ze starych modlitw odjęto tylko ostre sformułowania, ale nie ich istotną treść. Mamy więc nadal modlić się o nawrócenie żydów, a znaczenie Chrystusa jako Zbawiciela wszystkich zostało zaznaczone nawet mocniej niż w dawniejszych tekstach, jakby w odpowiedzi na wątpliwości rozsiewane przez zwolenników tezy o "osobnej drodze żydów".
Sprawa druga: przez tę mikro-reformę Benedykt XVI wyraźnie pouczył wszystkich, że "starszej formy" można używać także w celebracjach Triduum Sacrum - to niby jasne, ale nie wszyscy to zrozumieli, i np. w "Tygodniku Powszechnym" można było przeczytać, że to niemożliwe. No więc teraz widać wyraźnie, że możliwe, bo inaczej nie zmieniano by jednej z modlitw i nie nakazywano, aby była używana ta poprawiona.
Wreszcie trzeci sygnał: Papież traktuje Mszał tradycyjny jako element normalnego życia liturgicznego Kościoła, właśnie taki, nad którym czuwa jako Najwyższy Pasterz i którego poprawność gwarantuje.
Jedyne czego w tym na razie nie rozumiem, to fakt, że o tej zmianie dowiadujemy się przez "notę Sekretariatu Stanu" - ale zapewne to tylko komunikat uprzedzający bardziej oficjalne i pertynentne formy prawne.
środa, 18 kwietnia 2007
PiS - czym był lub mógł być, a czym już nie będzie (?)
piątek, 14 lipca 2006
Niefrasobliwi skrupulanci (o upadku myśli konserwatywnej)
Napisałem niedawno o lumpen-konserwatystach - i nieprzypadkowo
właśnie tak. Sam się dziwię tym połączeniem, zgoła paradoksalnym: jak
może dochodzić do tego, że idei konserwatywnych (a może też normalnego
życia przy okazji?) chce ktoś bronić niewybrednymi intelektualnie i
moralnie chwytami (najbardziej zagadkowa jest ta dziwna niechęć do
czytania książek - o ile nie mówią tego, co “już wiemy”, i o ile
przekraczają wymiarami rozprawę np. czcigodnego śp. Michaela Daviesa,
dzielnego autodydakty, o doktrynie wolności religijnej - popisywanie się
kpinami z nieczytanego dzieła naukowego tylko dlatego, że ma sześć
opasłych tomów, źle świadczy o sposobie bycia takiego kpiarza). Wszystko
byłoby jeszcze w porządku, gdyby to pochodziło od jakichś chłopięcych
“kamelotów” lub konserwatywnie nastawionych włościan - ale tu mamy
etykietkowy creme-de-creme “myśli”, co nie tyko książki, ale nawet
“dekalogi” redaguje. Dlatego właśnie: lumpen-. Z “dywizem” między
“lumpen” i “konserwatyści” - gdyż jednak te dwie substancje przelewające
się po głowach “zachowawców” łączą się jak woda z oliwą. Do wglądu w
publicystyce strony www.konserwatyzm.pl
A więc konserwatyści pozujący na lumpów - czy raczej lumpy pozujące na
konserwatystów? To trudna do wyjaśnienia proporcja, zachodząca w
osobowościach panów noszących swoje osobiste zadry zwolnionego asystenta
poselskiego i traumę byłego doradcy premiera… Buzka. Doprawdy,
charaktery krystaliczne i osiągnięcia kontrrewolucyjne.
Ale nie o tym chciałem tutaj pisać. Nie o kilku panów tu chodzi - lecz o
być czy nie być konserwatywnej myśli sprzężonej z konserwatywnym
życiem. O to się martwię - i tego w istocie dotyczyła, od lat, dyskusja z
poważnym rozmówcą - Jackiem Bartyzelem.
Jest to dyskusja o wierności zasadom - i o pracy polegającej na realizacji tych zasad; o widzeniu “głębin Bytu” - i o ryzyku życia; o dziedzictwie christianitas, dzięki któremu żyjemy - i o sposobie bytowania tejże christianitas w naszym świecie, w niekorzystnych dla niej warunkach porewolucyjnych; także o publicystyce - i o polityce. Także dyskusja o tym, w jaki sposób dokonuje się uprawnionej aktualizacji tego, co otrzymaliśmy.
Dyskusja ta, którą toczyliśmy w różnych warunkach w gronie przyjaciół “Christianitas”, zyskuje teraz dość szczególne podsumowanie w publicznej wymianie polemicznej między Jackiem Bartyzelem i mną (choć w tej polemice występuje też, w o wiele ważniejszej niż moja roli, osoba Marka Jurka). Ze swej strony zamknę tę sprawę kiedy indziej.
Chcę jednak zwrócić już teraz uwagę na zjawisko, które - jak sądzę -
może być przedmiotem troski prof. Bartyzela, i to zaraz obok ostatnio
szeroko przezeń omawianego zagrożenia rozpłynięcia się tradycjonalistów w
odmętach demokracji liberalnej. Chodzi o zjawisko, które nazwę
fenomenem “niefrasobliwych skrupulantów”. O samo sedno moralne postawy
nazwanej przeze mnie zgryźliwie “lumpen-konserwatyzmem”.
Z pozoru trudno jest połączyć niefrasobliwość i skrupulanctwo. Jest to
wręcz niemożliwe, jeśli oba składniki miałyby dotyczyć tej samej
rzeczywistości. Co innego jeśli skrupulanctwo dotyczy idei, a
niefrasobliwość - życia. To tak jakby ktoś latami szlifował gramatykę,
prowadził boje z językowymi nabytkami lub błędami, tępił ogniście
zarzucenie genetivu pluralis z końcówką “-yj” - ale nie miał ochoty z
nikim poważnie rozmawiać, być dla niego zrozumiałym i - natrafiwszy na
otwartość - zwyczajnie się dogadać. Można odnieść wrażenie, że to
zapamiętałe szlifowanie gramatyki w żadnym razie nie jest motywowane
zamiarem porozumiewania się w kultywowanym języku. Tu właśnie
przedziwnie les extremites se touchent, dwie skrajnie różne
postawy, skrupulanctwo i niefrasobliwość, okazują się pozostawać w
życiowym, pragmatycznym związku, wprost się warunkują i wzajemnie
wspierają: ten, kto “idealizuje” tożsamości (idealizuje w sensie
platońskim, a nie potocznym), ten oczywiście nie szuka ich w naszym
“świecie podksiężycowym” - raczej każdą spotkaną tu realizację bliskiej
idei traktuje z góry jako podejrzane naśladownictwo, zniechęcającą
imitację, o którą nie warto się troszczyć - i którą trzeba po
skrupulancku napiętnować jako nie-ideę; z drugiej strony, ten, kto z
jakichś powodów woli traktować otaczający świat z przymrużeniem oka, ten
jeśli nie jest jedynie bon vivantem i chce mieć samopoczucie ideowca -
będzie swe ideały odsuwał możliwie najdalej od tegoż świata, w którym
żyje, oczywiście ze specyficzną troską o “czystość idei”.
Oto wewnętrzny związek skrupulanctwa i niefrasobliwości - skrupulanctwa “strażnika idei”, toczącego ewentualnie wojny o przecinki i “dywizy”, i niefrasobliwości w bardzo szczególnym przyjęciu za swoje dewizy “niech zginie ten świat”.
W postaci skrajnej ten związek niefrasobliwości i skrupulanctwa czy rygoryzmu definiuje niemal każdą gnozę. Ale na szczęście bardzo rzadko mamy do czynienia z gnozą - chyba że z gnózką. O wiele częściej są to różne formy ulegania “gnostyckiej” pokusie, bez wyznawania gnostyckich poglądów. To niestety dotyczyć może - i dotyczy - także osób i środowisk o zacięcie antygnostyckiej ideologii - wtedy gdy “gnostycka” postawa egzystencjalna wypełnia od wewnątrz ludzi, którzy na pozór i w świetle głoszonych zasad nie powinni mieć z takimi postawami nic wspólnego.
Choroba “niefrasobliwego skrupulanctwa” ma dziś wszelkie widoki na objęcie swym wpływem świadomych i przekonanych konserwatystów. To między innymi kwestia naszego dziejowego “ciśnienia”, kruszącego charaktery coraz bardziej rozdarte między poziomem wyznawania idei i przebywania w świecie obcym tym ideom. W tych warunkach kto chce nadal wyznawać idee konserwatywne i do końca nie zgorzknieć, zderza się wielokrotnie z pokusą niefrasobliwości w ocenach świata, który wielu konserwatystów traktuje jak matrix - mimo że mieszkają w nim rzeczywiści ludzie i rzeczywiste społeczeństwa. Tymczasem to ich myślenie i idee przekształcają się w matrix o konserwatywnych rysach i z bitwami kontrrewolucji zbyt podobnymi do rozgrywania w zaciszu emeryckich partyjek warcabów - a realne obowiązki, z pozoru o wiele skromniejsze i mniej kolorowe od rozmachu tych “bitew”, idą w zapomnienie.
To niezwykle charakterystyczne, że ludziom tak ukształtowanym
stanowisko w służbie publicznej kojarzy się najsilniej z byciem
opłacanym i z wszelkim złem “pójścia na żołd” - a nie z wysiłkiem
robienia czegoś w dobrej sprawie. Najwidoczniej w takim właśnie świecie
pojęć kwitnie ich myślenie i siła polemiczna - w takim manichejskim
świecie, w którym były młody doradca premiera nauczył się, że jego
doradzanie jest tylko braniem kasy od podłych “socjalistów” z AWSu, u
boku premiera-protestanta. Teraz już wszelka praca dla państwa polskiego
z tym mu się kojarzy. Zepsucia są, jak widać, trwałe. A życie z nimi
musi być podłe, nie zazdroszczę.
Nad tym, wyłuszczonym nieco wyżej, problemem “niefrasobliwego
skrupulanctwa” chciałbym się pochylić razem z prof. Jackiem Bartyzelem -
gdyż jest to ważny problem wychowawczy dla osób odpowiedzialnych za
morale środowisk konserwatywnych. Wydaje mi się, że chodzi tu o problem
naprawdę ważny, a jak dotąd bardzo rzadko omawiany. W wielkiej
dysproporcji do stawiania rozmaitych eskapizujących - a przecież też nie
pozbawionych gruntu - obaw przed wchodzeniem w sprawy świata.
Moją ulubioną lekturą jest między innymi Chestertona Człowiek, który był czwartkiem. Ta opowieść, nosząca podtytuł: “koszmar”, mówi o dzielnym człowieku, który został poddany szczególnej próbie: został zwerbowany do konspiracji policjantów walczących ze światowym spiskiem - jednak na końcu okazuje się, że była to tylko próba, a istnienie i świata, i groźnego spisku staje się raczej problematyczne, jakby było snem. Książkę tę bardzo lubię - lecz sądzę, że od nas, poza książką, wymaga się więcej: realnej walki w realnym świecie. To nasza próba, którą potraktujmy równie poważnie co nasze idee.
