poniedziałek, 17 listopada 2008

Z otchłani "klerykalizmu"


Trafiłem właśnie na taki tekst:

Położenie Kościoła, naszkicowane przez wczorajszych referentów nie jest rozpaczliwe, ale jest poważne. Skonstatowaliśmy, że straciliśmy inteligencję i wielkie masy robotnicze a poczynamy tracić lud wiejski. Cofamy się ustawicznie pod naporem wrogów, a cofamy się dlatego wśród wysiłków defensywnych, że nie zdołaliśmy zorganizować kontrakcji, nie umieliśmy przejść do ofensywy i do zdobywania utraconych pozycji.

Po części sami nie zdawaliśmy sobie sprawy z rzeczywistego stanu rzeczy. Nieraz łudziły nas objawy pobożności tłumów i wmawialiśmy w siebie, że to chwilowe prądy, że więc nie ma co się silić na walkę z nimi. Gdzie zaś próbowano ofensywy, gdzie chcieliśmy uszanować pozycje wysunięte, gdy przystępowaliśmy do formowania batalionów szturmowych zwłaszcza w formie Akcji Katolickiej i prasy, doznawaliśmy bardzo często niepowodzenia z powodu braku oficerów. Nie brak żołnierzy, chętnych do walki. Wielu świeckich zdaje sobie sprawę z położenia Kościoła i zgłaszają się do walki o krzyż Chrystusowy. Chcą np. iść do boju całe legiony akademików, czekając na hasło bojowe, na krucjatę, a my z bólem serca tak często zwlekać musimy, bo dla tych chętnych mas nie mamy zdolnego oficera, nie mamy przygotowanego do walki ofensywnej kapłana. Jeszcze go mieć możemy do wojny pozycyjnej i obronnej, w której się dalej cofać będziemy, ale na wielką kampanię zdobywczą z dzisiejszym naszym klerem wyruszyć nie możemy.

Problem odrodzenia religijnego w kraju należy zatem sprowadzić w pierwszym rzędzie do zagadnienia kleru. Nie uda tam się żadna reforma kościelna, jeżeli nie zreformujemy kleru.

Wczorajszy referat i koreferat wyświetliły jaskrawo ujemne strony duchowieństwa. Sprowadzam je do następujących punktów: l) Duchowieństwa jest za mało; 2) Duchowieństwo jest niedostatecznie wykształcone; 3) Duchowieństwo nie rozumie swego zadania, nie umie skonstruować łączności swej z ludem, nie jest przygotowane do nowoczesnej akcji duszpasterskiej; 4) Duchowieństwo nie jest wyrobione wewnętrznie; 5) Duchowieństwo nie ma ducha gorliwości i poświęcenia, żyje tylko dla siebie i rodziny, którą się obarcza; 6) Duchowieństwo nie ma inicjatywy i aktywności i za mało pracuje.

Koniec, kropka. To kard. Hlond, w referacie wygłoszonym na Konferencji Episkopatu Polski w 1928 roku. Ciekawe, czy dzisiaj ktoś byłby w stanie mówić tak wprost?...

No ale przecież to wtedy były te ciężkie czasy Kościoła - a teraz jest dobrze, coraz lepiej, prawda? Czasy Kościoła klerykalnego mamy na szczęście za sobą, nieprawdaż?

4 komentarze:

Berenike pisze...

Have you seen the recent documents from the Bishop of Lancaster?

Fit for Mission? Church

and

Fit for Mission? Schools

Not at all bad, I think.

Anonimowy pisze...

No tak jest, niestety. Kardynał Hlond ma rację i dzisiaj. Co na to dzisiejsi hierarchowie zwłaszcza ci liberalni? Kupią kolejny samochód na kurię?

Anonimowy pisze...

A w ogóle, dlaczego było wtedy tak źle, skoro mieli tę "cudowną Mszę tyłem do ludu"...?

Marcin pisze...

X. Gaspar Jaworski w książeczce z 128 roku pt.: WYKŁAD OBRZĘDÓW KOŚCIELNYCH HISTORYCZNY I DUCHOWNY w rozdziale VI O języku kościelnym pisze tak:
"Dla czego, gdy język łaciński ustał, kościół go w publicznem nabożeństwie i obrzędach utrzymał? niebyłożby lepiey w każdym kraju odprawiać je w języku od ludu rozumianym? ileż ztąd nie wynikałoby korzyści? Święte modły, które Kapłani za nim do Boga zanoszą, słyszane i rozumiane napełniałyby iego serce wiarą, ufnością, pokorą i innemi bogoboynemi uczuciami (...) ... w gruncie atoli rzecz uważaiąc wyznać potrzeba, iż kościół mądrze postąpił, utrzymuiąc w publicznem nabożeństwie język łaciński, pomimo jego upadku. (...)
stan duchowny obwarował przeciw natłokowi osób ledwie czytać umiejących, które by się do funkcyi kościelnych niechybnie cisnęły, gdyby służba boża w języku narodowym odbywaną była (...)